• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

GloBall na zwrotniku Koziorożca i Schnell! z powrotem do Afryki


Jedziemy do Swakopmund. Po drodze mijamy tablicę z napisem „Tropic of Capricorn” – łał! Jesteśmy na zwrotniku Koziorożca. Wlepiamy na tył tablicy – w miejscu do tego przeznaczonym – serduszko Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i naszą naklejkę GloBall’ową. Naklejkowo jesteśmy tu pierwszymi Polakami ;-)


Legendarne namibijskie szutrówki dają nam trochę w kość – niby jedziemy szybko, ale nasze ciężkie, obładowane ponad normę samochody palą strasznie dużo i są trudne w prowadzeniu. Stresy kierowców znajdują smutne potwierdzenie gdzieś w połowie drogi do Walvis Bay, głównego portu Namibii.


Pierwszy samochód naszej kawalkady zatrzymuje się obok dwóch stojących dość bezładnie na poboczu samochodów. Dzieje się coś złego, coś leży na środku drogi, dookoła uwijają się pasażerowie obu aut. Z bliska widzimy rozbity motocykl, leżącego obok niego kierowcę i siedzącą obok na szutrze pasażerkę. Kierowca okazuje się ciężko ranny, kobieta jest w szoku. 10 minut wcześniej motor zarzuciło na koleinach szutru i przy dużej prędkości – maszyna koziołkowała. Natychmiast zatrzymujemy wszystkie samochody i przyłączamy się do akcji ratunkowej. Na szczęście jest z nami lekarz. Doktor Robert wkracza do akcji, rozpoczętej wcześniej przez Włochów z Land Rovera, którzy zatrzymali się przy wypadku przed nami. Mamy profesjonalną apteczkę i najważniejsze – specjalistę. Gdy Robert wkracza do akcji, reszta zajmuje się ustawieniem nad rannym dachu z samochodu i płachty – jest oczywiście gorąco.



Motocykliści są z RPA. Jej nic się nie stało, on – na imię ma Joe – jest potłuczony, zakrwawiony, ma połamane żebra,  przebite płuco, poważne urazy głowy i brzucha. Włosi organizują karetkę z Walvis Bay (będzie jechała 2 godziny), doktor bada rannego. My pilnujemy ruchu na drodze. Karetka dojeżdża na miejsce na czas. My ruszamy dalej w drogę. Dobrze, że mogliśmy pomóc. Brawa dla naszego doktora, który z zimną krwią opanował sytuację. Życzymy Joe’mu powrotu do zdrowia!


Swakopmund – niemiecki raj na ziemi - nie robi na nas dobrego wrażenia. Wygląda jak sztucznie wciśnięta w Afrykę oaza dla emerytów znad Renu. Na każdym rogu banki, knajpy oznakowane gotycką czcionką, co drugie miejsce nazywa się „Bismarck”. W sklepach z pamiątkami dominują rzewne wspomnienia po niemieckiej kolonii z czasów I i II wojny światowej, bez żadnego obciachu epatujące symbolami Wermachtu, Żelaznymi Krzyżami etc. Postanawiamy się natychmiast ewakuować stąd do prawdziwej, fajnej Afryki, w której wszyscy mijani na drodze ludzie machają radośnie do przejeżdżających samochodów i pozdrawiają się nawzajem. Tu, w Swakopmund, trzeba przez jezdnię przechodzić na pasach i na odpowiednim świetle. To kompletnie nieafrykańskie, niefajne i dla nas ogólnie - nie do przyjęcia. Gdy przechodziłem przez ulicę po afrykańsku, natychmiast obtrąbił mnie jakiś Mercedes, a ja stwierdziłem, że to raczej nie jest moje miejsce na ziemi. Na szczęście okazało się, że genius loci niemieckiego miasteczka nie spasowało nikomu z nas… Postanowiliśmy nie krzewić w Swakopmund idei tolerancji za pomocą piłki (i tak nikt by z nami nie zagrał, bo to na pewno nie byłoby zgodne z jakimś przepisem ;-)  i natychmiast wyruszyliśmy tam, gdzie naprawdę nasze miejsce – na pustynię. Bardzo specjalną pustynię, bo wpadającą prosto do oceanu…


Obóz rozbijamy oczywiście na atlantyckiej plaży. To nasze ostatnie spotkanie z morzem, więc chcemy się nim nasycić. Następną wielką wodę zobaczymy dopiero za kilkanaście tygodni, gdzieś w Egipcie. Śpimy na plaży, z bardzo wczesną pobudką, jaką zaplanowaliśmy na rano, gdyż musimy wcześnie wyjechać, a w planach jest kręcenie jednej sceny specjalnej do filmu.

Wielka Piłka – to i wanna musi być duża


…więc skoro świt podrywamy się do roboty. Pompowanie piłki idzie sprawnie, uruchamiamy kilka kamer specjalnych (zdjęcia w wodzie). Do ujęć w ciężkim terenie, pyle i wodzie używamy kamer  GoPro, które dostarczył nam partner GloBall, firma PLAY EXTREME. Kamery świetnie dają sobie radę, są naprawdę wszystkoodporne. Oprócz samych kamer kluczem do ich sensownego użycia jest kilka elementów: A. kreatywne użycie B. systemy mocowania do różnych miejsc i powierzchni C. świadomość, że kamera tego typu MUSI widzieć fragment tego, do czego jest przymocowana i dobrze jest, jeśli jest to obiekt w dynamicznym ruchu. Mamy od PLAY EXTREME ekrany LCD do tych kamer (bez nich trudno jest GoPro odpowiednio ustawić), specjalne poduszeczki (dzięki nim kamera oderwana w akcji nie utonie w wodzie lub błocie), liczne elementy montujące. Zobaczycie na filmie jak to działa i jakie daje efekty. Mamy jeszcze w zanadrzu dwie tajne bronie, służące do wykorzystania kamer GoPro – i nie zawachamy się ich użyć :) Zostawmy je na razie na później, i wracajmy do kąpieli.
Z wielką piłką w Atlantyku poszło łatwo i przyjmnie. Woda okazała się cieplejsza, niż straszyli w przewodnikach (miało być 8 stopni, a było tak, jak w naszym Bałtyku). Fale wielkie, ale nie za wielkie, Piłka zadziałała jak ogromna boja – czuliśmy się z nią bezpiecznie w wodzie, myślę, że samochód też by utrzymała ;-) Ale jak się robi wielką kąpiel, należy spodziewać się zawsze jakichś kłopotów. Tym razem operator kamer trudnych, czyli piszący te słowa Matou, zapamiętał się tak bardzo łapiąc dobre ujęcie, że nie zauważył nadchodzącego tsunami, i po raz kolejny już w życiu został złomotany przez falę. Nie byłoby w tym nic dramatycznego, gdyby nie fakt, że jest okularnikiem, i wynurzył się już bez oprawek. Poszukiwania nie miały sensu – w tej kipieli nie dałoby się znaleźć hipopotama, a co dopiero takich mizernych okularków.


Kij z oprawkami, ale były w nich fotochromowe, optyczne szkła korekcyjne, które w Afryce są nie do odzyskania – a przy tym słońcu są bardzo przydatne. Trudno, pomyślałem sobie,  takie są globalowe koszty podróżowania. I tu nie uwierzycie.  Po zwinięciu obozu, w akcie desperacji – bo mam zapasowe okulary, ale zwykłe, normalne – udałem się jeszcze raz na plażę na ostatni patrol. Własnym oczom nie wierząc, jakieś 100 metrów od miejsca wodowania piłki znalazłem moje okulary w pianie… Ocean oddał to, co zabrał. Od dziś to moje ulubione okulary – bo gdy straciłem w podobnej sytuacji poprzednie, morze zabrało je ze sobą na wieki… Tylko okularnik z dużą wadą wzroku wie, jaki to kłopot stracić patrzałki 20 tysięcy kilometrów od domu…

Wybrzeże Szkieletowe

Przed nami sławne Skeleton Coast. Jedziemy tzw. Salt Road – cała droga zrobiona jest z soli, którą się tu masowo produkuje.


Można ją zresztą kupić na pamiątkę – w przydrożnych sklepach samoobsługowych, nastawionych na uczciwość nabywców.


Myślimy, że będzie tu mnóstwo wraków statków, tak to wygląda na plakatach… Tymczasem (jak okaże się później) jest tylko jeden, który mijamy z lekceważeniem… Będziemy potem żałować, bo nie będzie stąd ani jednej, klasycznej dla tego miejsca fotki. Wybrzeże Szkieletów przez wieki cieszyło się złą sławą wśród żeglarzy i marynarzy. To setki kilometrów, na których prosto do oceanu wsypuje się pustynia. Każdy statek, który się tu rozbił, skazywał swoją załogę na śmierć.


Później okazało się, że ta pustynia jest skarbnicą pełną szkieletów dinozaurów, z których robi się tu nawet … ławki. Jedną taką, z kręgosłupa czegoś ogromnego, widzieliśmy przy bramie parku narodowego.

Jedyna forma życia, jaką tu spotykamy, to foki. Na Cape Cross uchatki mają największą kolonię na świecie – są ich tutaj dziesiątki tysięcy. Zgodnie z misją GloBall próbujemy nawiązać z nimi przyjazne kontakty, porozumieć się i namówić do gry w piłkę.

Kontakt zostaje skutecznie nawiązany, do meczu nie dochodzi w powodu lenistwa drużyny przeciwnej ;-)


Na bramie parku występujemy grzecznie o PERMIT – w Afryce trzeba mieć permit z pieczątką na wszystko.

Przed nami jedna z najdziwniejszych pustyń na świecie. Brzydka też bynajmniej nie jest. Nie zagramy na niej meczów – po  pierwsze, nie ma z kim (okrągłe zero mieszkańców), a po drugie -  wiatr wieje tak, że gdybyśmy wyjęli tutaj piłkę, to gonilibyśmy ją jakieś 300 kilometrów. Test pogoni za czymś na pustyni wykonują Antoś z Jurkiem, w Trupku (Daihatsu z załogą Paprazzi & Doktor Robert) psuje się amortyzator i hamulce.


Coś tam naprawiamy na bieżąco i pędzimy, bo musimy wyjechać przed zachodem słońca poza bramę parku narodowego, jakim jest Wybrzeże Szkieletów. Wyrabiamy się z czasem.


Dodatkowe informacje