• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Długa droga do Emmy



Ruszamy w drogę. Musimy nadrobić dwa dni straty, więc najbliższe kilkaset kilometrów i kilka dni to ma być głównie zasuwanie do przodu, nie planujemy żadnych akcji globalowych w tym czasie. Ale plany planami, a życie i tak robi co chce, zwłaszcza w Afryce.

W tych pięknych okolicznościach przyrody…
i niepowtarzalnej…

Przez cały dzień jedziemy w kierunku Zambii przez płaskowyż Etosha. W połowie drogi  trafiamy na ogromne, bardzo płytkie i zasolone jezioro o tej samej nazwie. Wygląda niesamowicie – niebo łączy się tu z wodą w niezauważalny sposób. Daleko na horyzoncie widać przez lornetkę wielką kolonię flamingów – ponoć to miejsce jest jednym z najlepszych na świecie rajów dla ornitologów. Pędzimy przed siebie, cierpliwie wypatrując jakichkolwiek innych form życia. Pod koniec dnia na szczęście Matka Natura okazuje nam swoją sympatię: poza antylopami impala pojawiają się też inne, włącznie z niewidzianymi wcześniej gnu. Na kolana powala nas widok żyraf, które na wolności i z bliska wyglądają nieprawdopodobnie – są majestatyczne, ogromne i eleganckie. Przyglądamy im się z szacunkiem. One nam również, bez specjalnego lęku czy respektu. Zdumiewa nas spokój tych zwierząt w konfrontacji z samochodami i ludźmi. Jeden z pracowników parku wyjaśni nam później, że wynika to z prostego faktu: park Etosha istnieje już wiele lat, a populacja zwierząt, która go zamieszkuje, to kolejne już pokolenia wychowane od dziecka (…od jajka? … szczenięcia? OK:  od małego) w warunkach, w których auto i człowiek są naturalnym elementem ekosystemu.

„Nie robią krzywdy – nie trzeba uciekać”. To fajny, żywy dowód na sensowność działań związanych z ochroną przyrody w Afryce. W dodatku gołym okiem widać, że park narodowy to nie tylko kawał natury ocalonej przed ingerencją człowieka – ale też bezcenne tutaj miejsca pracy dla ludzi i pieniądze, które stanowią ogromną część budżetu Namibii.

Zresztą Namibia na pewno sobie poradzi. Po uzyskaniu niepodległości PKB kraju gwałtownie zanurkowało – RPA pompowało w ten region spore środki. Ale teraz niezależna Namibia sama sobą rządzi, premier i wszyscy ministrowie są Afrykanami a kraj jest bezpieczny, piękny, zamieszkanych przez wspaniałych ludzi – ma przed sobą świetlaną przyszłość.

My tymczasem dojeżdżamy powoli do bramy parku. Za chwilę musimy wyjechać, bo przepisy zabraniają nam zostać po tej stronie po zmroku.

Na koniec na szczęście dostajemy ostatni prezent od Matki Natury.  

Z sawanny prosto na nas wyłazi Król Lew. Przechodzi obok aut leniwie, całkowicie ignorując naszą obecność. Grzecznie siedzimy w samochodach, nikt nie ma żadnych wątpliwości, kto tu rządzi.


Dopada nas jeszcze niesamowita burza z piorunami i tęczą.

Emma, Marin i Jordany

Dojeżdżamy do granicy parku. Przemiła Pani w mundurze, dowiedziawszy się, że nie mamy zaplanowanego noclegu, wbija nam do permitów pieczątki że już wyjechaliśmy z parku, i pozwala za darmochę zanocować… wewnątrz ;-)


Safety place” to nieczynny camping. Rozkładamy nasze globalne mini miasteczko. Leje deszcz, więc testujemy zrobiony na tę okazję wielki, pięciometrowy tarp – zadaszenie, pod którym można zorganizować kuchnię i całe obozowe życie. Kolacja gotuje się na trzech maszynkach, Paparazzi uwija się przy garach, lampa Petromax daje ciepłe, żółte światło - deszcz leje, jest zimno, ale w obozie jest przytulnie, chyba właśnie stworzyliśmy nasz globalowy, ruchomy dom. I właśnie w chwili, gdy tak się poczuliśmy, do naszego domu przyszli pierwsi Goście. W pewnym momencie w ciemności pojawiają się sylwetki trzech dzieciaków. Stoją na deszczu, takie nieśmiałe bidusie. Zgarniamy je pod dach, do światła. Dzieciaki na oko trzynastoletnie. Bose, ledwo odziane w koszulinki. Nieśmiałe, gadające po angielsku, ciekawskie. Drżące z zimna.


Zaczynają się nasze coraz bardziej zaawansowane kontakty z Afryką. Oczywiście nie mamy jeszcze doświadczenia, a straszono nas tą Afryką na wiele różnych sposobów. Nie wiadomo, czy dzieci to dzieci, czy nastolatki parające się nierządem. Czy uczciwe, czy też może kieszonkowcy. Czy jak zaprosimy pod nasz dach trójkę, to czy za chwilę nie zleci się ich setka, i nie opanujemy sytuacji. Cóż, dzieci drżą z zimna – nie ma czasu na wątpliwości i kombinowanie. Czas się przekonać.


Małych gości zapraszamy, sadzamy na krzesełkach. Dajemy gorącą herbatę. Paparazzi gotuje makaron, będziem dzieci karmić, będziem się dziećmi opiekować, będziem gościnnymi Polakami.


Nasi goście to dwie dziewczyny i jeden chłopak: Emma, Marin i Jordany. Mają rzeczywiście od 12 do 14 lat – najstarszy jest chłopak. Koncentrujemy się na początek na zorganizowaniu ogrzewania – cała trójka się trzęsie. Mają przemoczone ubrania. My siedzimy w polarach, długich spodniach i butach. Więc do roboty. Idą w ruch ręczniki, koszulki GloBall przydają się bardziej niż zwykle. Dzieciaki przebierają się za zasłonką, którą szybko organizuje Bolo. Po chwili cała trójka jest już sucha, ciepło ubrana i gotowa do cross cultural communications.


W oczekiwaniu na ciepłe żarcie, ustalamy z młodzieżą namibijską zasady spędzenia razem wieczoru – wymiana międzykulturowych doświadczeń oparta ma być na wzajemnym śpiewaniu.


Naszym zapiewajłą szybko w naturalny sposób zostaje Paparazzi. Na początek zasuwamy „Kukułkę”, przy której można wykonać trochę śmiesznych wygibasów. Dzieciom się podoba, pewnie dlatego, że wyglądamy śmiesznie i śpiewamy tak, jak gramy w nogę – więcej w tym dobrych chęci, niż umiejętności. Kontra zespołu namibijskiego jest super – dzieciaki śpiewają na dwa i trzy głosy, tańcząc. Są niesamowicie wdzięczne, klimat, jaki się wytwarza jest niepowtarzalny. Jest ciemno, nie wiem, jak wyjdą filmy z tego wieczoru, ale ja długo będę go pamiętał. Śpiewaliśmy sobie nawzajem dwie godziny.


Nasz repertuar ubożał, ich – robił się coraz ciekawszy. Wspólnym językiem okazały się kolędy. Dzieciaki się najadły, ogrzały, przebrały w suche ubrania. W międzyczasie okazało się, że mieszkają tutaj, w stacji parku narodowego, z babcią – są sierotami. Nie chodzą do szkoły, bo jak twierdzą – jest to drogie. Ktoś na pewno ich uczył, bo potrafią pisać – choć niezbyt dobrze jak na swój wiek.


Są też fantastycznie wychowane – są skromne, uśmiechnięte, uczciwe… Z ciekawością przepatrując kieszenie polarów, w które je poubieraliśmy, Emma znajduje 100 funtów, które Bolo dostał od ojca na podróż. Spokojnie mogłaby schować te pieniądze – ale oczywiście od razu zgłasza znalezisko do wujka Bola, który opiekuje się dziś nimi w naprawdę wzruszający sposób. Eeeech, szkoda będzie jechać dalej.


Polubiliśmy te dzieci z całego serca. Zrobiło się późno, dzieciaki poszły spać – i po chwili wróciły do naszego obozu. Babcia nie wpuściła ich do domu. Nie wiemy, o co chodzi, ale szybko rozbijamy dzieciom dodatkowy namiot, do którego wrzucamy jak najwięcej ciepłych rzeczy. Rano żegnamy się z nimi – strasznie nam smutno, że nie możemy ich zabrać ze sobą do Polski. W takim miejscu i w takiej sytuacji łatwo zrozumieć sensowność adopcji sierot z takich rejonów świata. Ja od dzisiaj marzę o tym, by móc adoptować Emmę… Na pewno będziemy dużo o tym wszystkim myśleli i rozmawiali, bo nawet jeśli nie można pomóc wszystkim, warto pomóc choć jednej osobie. Na razie robimy dla naszej trójki młodych przyjaciół co możemy doraźnie – obficie zaopatrujemy w jedzenie, dostają pełną wersję wyposażenia globalowego. Wszystko się przyda – paradują w nowych rzeczach dumnie i z uśmiechem.


Dodatkowe informacje