• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Mukuni Village


16 stycznia 2012. W Namibii gramy ostatni mecz w tzw. Pasie Caprivi.

Cały dzień ostro jedziemy w kierunku granicy z Zambią. Po drodze tylko niezbędne postoje techniczne, choć za oknami Afryka się zmienia – coraz mniej bogatszej Namibii, coraz więcej maleńkich chatek i wiosek nieskażonych współczesnością, choć asfalt wciąż gładki jak stół.

Nocujemy nad Okawango, na boisku szkolnym lokalnego liceum. Oczywiście za darmo – ludzie są tu wszędzie gościnni, wystarczy się zapytać. My pytamy się o zgodę dyrektora. Przy okazji pytamy o dość odświętne stroje, które widać wszędzie dookoła – okazuje się, że właśnie skończyły się wakacje i do szkoły z internatem zjechali się dziś wszyscy uczniowie.

Mecz gramy z chłopakami w wieku 17-18 lat (to jest „Secondary Schoool”), temperatura nie jest za wysoka, ale jesteśmy już  w strefie wilgotnej – pot leje się z nas strumieniami. Kończymy zażarty pojedynek już po ciemku, u kresu sił.

W efekcie jest 1:3 dla Namibii. Wieczorem wszyscy szybko idą spać – są wykończeni. Z nowości w ekosystemie – pojawia się mnóstwo robali, no i jesteśmy już w strefie malarycznej – wszyscy gorliwie smarujemy się repelentami, zapinamy moskitiery i bez litości tłuczemy moskity.

Rano pędzimy do przodu i docieramy na granicę z Zambią.

To pierwsza aż taka wyraźna granica: za nami zostaje Afryka uporządkowana, trochę europejska, a przed nami widać od pierwszych już metrów Afrykę inną niż dotąd.

Ze schludnej i zorganizowanej Namibii wjeżdżamy do normalnego afrykańskiego kraju.

Widać to po kiepskim stanie budynków i ogólnej improwizacji w przestrzeni publicznej, a także po uzbrojonych w kałasznikowy żołnierzach, strażnikach i policjantach.

Dojazd do Livingstone mamy opóźniony, ryzykujemy jazdę po ciemku (zakazaną w tej części świata przez osoby rozsądne). Dlaczego zakazaną? Dowiadujemy się, dyskutując przez chwilę z ogromnym samcem słonia o tym, kto ma pierwszeństwo przejazdu. Słoń odpuszcza, i możemy jechać dalej.

Pierwszy nocleg w Zambii spędzamy w miejscu dla turystów – musimy się wykąpać, wysuszyć pranie, wysłać relacje via internet i złapać oddech, bo przez ostatnie tygodnie wszyscy ostro pracowali, grali mecze, robili film – to + sama podróż trochę dało nam już w kość. Na campingu spotykamy parę Niemców, ona i on. Nie udało im się zdobyć wizy do Angoli, i pojechali przez Kongo. Mówią, że „nigdy więcej”, a nam dziwnie rośnie apetyt na ten kraj… Z relacji Niemców – ludzie są w Kongo super, ale dróg nie ma i dla aut ten kraj to masakra.

Przy wodospadach Wiktorii robimy symboliczną fotę Głównej Piłki GloBall.

Wodospady są najsłynniejszą chyba atrakcją Zambii, i słusznie, bo natura w tym miejscu wzbudza wielki szacunek.

Rozmawiamy tu o GloBall z Vanią Gnoronwa, jak się okazuje – dziewczyną z Mozambiku. Vania żałuje, że nie jedziemy do jej kraju, naszą akcję krótko podsumowuje „great!”.

Podpisuje się pod naszą ideą na specjalnej piłce – robimy fotę – i wodospady Wiktorii zostawiamy w tyle.

Obok wodospadów rozłożona jest oczywiście afrykańska machina turystyczna – bazar z pamiątkowym rękodziełem. Z tłumu sprzedawców wybija się jeden sympatyczny, młody mężczyzna. Błyskawicznie reaguje na nasze piłkarskie logo, którego pełno jest na koszulkach i samochodach. To czytelny znak rozpoznawczy. Golden, bo tak ma na imię nasz rozmówca, jest trenerem w szkółce piłkarskiej dla dzieci w pobliskiej wsi. Dla nas – bomba! Szybko podejmujemy decyzję i…

Ruszamy do Mukuni Village.

Boczne, gruntowe drogi prowadzą nas tam, gdzie GloBall czuje się najlepiej – daleko od miasta i asfaltu.

Mukuni okazuje się typową zambijską wioską – małe, okrągłe chatki z gliny, drewna i sitowia, klepiska, wszystko bardzo schludne, biedne i zamieszkane przez uśmiechniętych ludzi. Gdzieniegdzie jest prąd i coraz bardziej oczywisty w Afryce zasięg lokalnej telefonii komórkowej…

Na boisku kilkadziesiąt dzieciaków trenuje pod okiem kilku dorosłych. Wygląda to na idealne dla nas miejsce. Wjeżdżamy obok szatni trenującego zespołu – łąka usiana jest kupkami ubrań i butów, które dzieci zdejmują tutaj do gry, by ich nie zniszczyć. (My jesteśmy po testach i dyskusjach – w końcu gramy w butach, bo kontuzje mogłyby nas zdziesiątkować – a miejscowi po prostu potrafią grać i biegać na boso po tych często urozmaiconych wszystkim podłożach. Ze swojej strony gramy bezkolizyjnie, dotąd nie było żadnych fauli ;)

Naradzamy się z trenerem, prosimy o łagodny wymiar kary, czyli wybranie do reprezentacji Zambii jak najmłodszych graczy – to w końcu piłkarska szkoła, więc mamy do czynienia z małymi, ale jednak zawodowcami. Oczywiście cwaniaki wybierają niewysokich, ale najlepszych…

W szkółce piłkarskiej uczy się 50 dzieciaków.

Na stanie magazynowym szkoły są… 2 piłki.

Dajemy po meczu 10 globallówek, co zmienia sytuację i możliwości edukacyjne szkoły CAŁKOWICIE. Jako, że boisko jest trawiaste, zapas piłek starczy im na dłuuugo. Nauka gry w nogę 50 dzieci za pomocą 2 piłek to niełatwa sprawa.

Na boisku jedna grupa trenuje główkowanie, druga – bieg z piłką w zygzaku między pachołkami, trzecia ćwiczy podania. Teraz będą mogli pracować intensywniej i w większej ilości grup. Trenerzy są zachwyceni, dzieci oczywiście też.

Gramy mecz. Sędzią jest po raz pierwszy Afrykanin – gwizdek wręczamy szefowi szkoły. Nasi rywale to chłopaki w wieku 10-14 lat. Nie wyglądają groźnie, ale po rozpoczęciu gry szybko okazuje się, że pozory mylą.

„Ball Possesion” wygląda w pierwszej połowie upokarzająco – Zambia ma chyba 90% posiadania piłki… Nie możemy sobie z nimi dać rady – grają świetnie, wszystkie podania lecą z pierwszej piłki… Są zgrani, szybcy, najlepsi technicznie z wszystkich dotąd spotkanych przez nas zespołów. Nasz honor ratują przede wszystkim małe bramki, w które ciężko jest wbić gola. Dzieciaki, które tłumnie kibicują, trochę się z nas nabijają, no i o to chodzi, bo jakikolwiek dystans między nami znika dzięki temu natychmiast.

Walczymy jak lwy, używając na przemian taktyki „Somosierra” – to bezładna, dzika szarża z piłką na bramkę zambijską…

…i taktyki „obrona Częstochowy” – to całkowite i paniczne zabetonowanie obroną naszej malutkiej bramki w razie afrykańskiego ataku.

Nie ma przebacz, od jakiegoś czasu walczymy już na serio o wyniki i w ogóle nie odpuszczamy naszym rywalom.

Mimo niekorzystnej dla Polski różnicy w jakości samego zespołu udaje nam się utrzymać rewelacyjny remis 0:0 do końca pierwszej połowy. Huraganowe ataki zambijskie są wciąż bezradne w obliczu naszej częstochowskiej taktyki. Po zmianie stron postanawiamy nieco zaryzykować – wrzeszczymy bojowo „pressing” i napieramy do przodu „Somosierrą”. Zambia jest zaskoczona – nie spodziewali się po dziadkach z Polski takiej determinacji i poświęcenia.

Udaje nam się nawet zrealizować parę sensownych akcji, choć wciąż mamy taki problem, że ok. 80% naszych podań trafia prosto pod nogi wyrastających wszędzie znienacka jak spod ziemi zawodników afrykańskich. To się musi kiedyś skończyć źle, i w końcu w ogólnym zamieszaniu pod naszą bramką pada wreszcie gol dla Zambii.

W Meczu Bardzo Towarzyskim Polska-Zambia jest 0:1. Chwilę później sędzia odgwizduje koniec meczu, a my zziajani schodzimy z boiska zadowoleni z tak niewielkiej przewagi zambijskiej – mogło być 0:8…

Po meczu ustawiamy się do wspólnego zdjęcia, wręczamy piłki GloBall i rękawice Reusch dla małego bramkarza. Trener jest zachwycony, okazuje się, że nasze piłki to nie tylko towar najpilniej tu oczekiwany, ale w dodatku w tej ilości – rozwiązujący na odcinku zaopatrzeniowym najważniejsze problemy całej szkoły na dłuższy czas.

Zapada zmrok, a my nie mamy miejsca na nocleg. Rozmawiamy z Goldenem, który w tym czasie awansował już do roli naszego opiekuna i przewodnika. Nie wszystko rozumiemy, ale Golden mówi, że wioska jest wdzięczna za piłki, mecz i nasze zaangażowanie, i że możemy ją lepiej poznać i tu zostać. Jedziemy do serca osady, żegnani przez demoniczną czarną kozę, która pilnuje tutaj boiska.

Pierwszy raz jesteśmy w centrum takiej miejscowości. To prawdziwa Afryka. Mukuni to mała wioska. Jej mieszkańcy utrzymują się - jak w całej prawie Zambii - z rolnictwa tzw. „samoozaopatrzeniowego”, tzn. są w stanie wyhodować tyle jedzenia, by całkowicie pokryło to ich zapotrzebowanie – ale niekoniecznie więcej.

Dodatkowe środki pochodzą z rękodzieła, sprzedawanego później turystom w Livingstone.

W centrum wsi otacza nas tłum dzieci, gęstnieje też gromada dorosłych. Nie wiemy jak się zachować i czy jest bezpiecznie – robimy to pierwszy raz. Przed wjazdem do Zambii mocno nas straszono takimi sytuacjami.

Golden przyprowadza nowego rozmówcę. Tak poznajemy Kelvina. To mocno zbudowany facet, który po angielsku mówi starannie budując zdania. Kelvin jest bardzo poważny – po chwili dowiadujemy się, że jest ochroniarzem szefa wioski i kimś w rodzaju lokalnej siły porządkowej. Otacza go aura szacunku i ma ewidentnie autorytet. Kelvin tłumaczy nam, gdzie tak naprawdę jesteśmy i jak powinniśmy się zachować. Pokazuje też skuteczność plemiennej dyscypliny w wiosce – na jedno jego słowo tłum dzieci znika z placu, utrzymując duży dystans do nas. Wygląda to wręcz niewiarygodnie – tłum wydawał się nie do okiełznania, a tu proszę, pstryk i jest porządek. Bez żadnych negatywnych emocji, po prostu Kelvina należy tu słuchać.

Po chwili z rosnącym zdumieniem wysłuchujemy historii miejsca, do którego trafiliśmy całkowicie przypadkiem – z powodu piłkarskiej szkółki. Kelvin pokazuje nam pałac szefa wioski.

To właściwie zespół pałacowy, choć malutki i skromniutki. Kilka okrągłych, bardzo starych chatek, zamkniętych w pierścieniu parkanów z gliny i słomy. Wygląda to bardzo niepozornie, ale Kelvin opowiada nam o tym miejscu niezwykle poważnie i z namaszczeniem.

W jednym z budynków pełno jest bębnów – możemy użyć wszystkich, poza jednym, największym, który stoi na środku. To szczególny bęben, nie wolno go dotykać.

Ma… 800 lat (naprawdę!!). Służy wyłącznie do ogłoszenia śmierci szefa wioski, zwoływania generalnego zebrania całej ludności i do celów rytualnych, związanych z przywoływaniem deszczu. Brzmi ponoć tak samo, jak grzmot nieodległych wodospadów Wiktorii… Kelvin opowiada nam o systemie społecznym, jaki powstał w Mukuni i obowiązuje tu od setek lat. On sam jest jego częścią: jako strażnik porządku publicznego w wiosce, nigdy nie pije, nie pali i jest zawsze na służbie – podobne zasady odnoszą się do wszystkich, pełniących podobne funkcje w organizacji plemiennej.

Zdumiewa nas wiek zabudowań i historia tego miejsca. Niechcący trafiliśmy do najstarszej wioski w tej części Zambii, na tyle ważnej, że w pałacu-chatce, w której właśnie siedzimy z Kelvinem organizowane były spotkania prezydentów Zambii, Zimbabwe i Malawi. Gdy wychodzimy na plac przed pałacem, stajemy pod wielkim drzewem. Okazuje się, że około 1850 roku zasadził je w tym miejscu ówczesny szef wioski Mukuni wspólnie z Livingston’em. Mukuni było wtedy najważniejszą osadą w okolicy, i w tym miejscu sławny podróżnik i odkrywca symbolicznie zawarł z Afrykanami coś w rodzaju paktu o nieagresji i nawiązaniu przyjacielskich relacji. Później, nieopodal, wyrosło z tego miasto Livingstone… A Mukuni niezmienione przetrwało do dziś, z wielkim drzewem i mającym ponad 7 wieków chatką-pałacem szefa wioski pośrodku.

Nasza relacja z Goldenem i Kelvinem rozwija się w kierunku coraz większego zaufania i wzajemnej otwartości. Mimo, że robi się już ciemno, czujemy się w wiosce tak, jak podczas pierwszego meczu na ulicach kolorowej dzielnicy w Kapsztadzie – coś nas tutaj już chroni przed złem wszelakim :-)

Rozglądamy się ciekawie dookoła. Wszyscy dorośli ludzie wyglądają tutaj przyzwoicie, każdy ma na sobie jakieś dżinsy, czystą koszulkę, obowiązkowo – telefon komórkowy. Biedę widać bardziej po skromniutkich, tradycyjnych domach i bosych, nędznie odzianych dzieciach. Potem dowiemy się, że pozory dżinsowo-komórkowe mylą całkowicie – nasza wizyta w domu u Goldena sprowadzi na ziemię nasze wyobrażenia na temat faktycznej sytuacji materialnej tych ludzi.

Zambia to jeden z biedniejszych krajów tego regionu. Większość PKB zapewniają złoża miedzi – ich zasoby skupują oczywiście głównie Chiny, które intensywnie penetrują całą Afrykę, robiąc z nią rozległe interesy. Zambia jest grubo ponad dwa razy większa od Polski, a zamieszkuje ją niecałe 10 milionów ludzi. Sporo tu wolnej przestrzeni, co za tym idzie – również dzikich zwierząt. Na szczęście w bezpośredniej okolicy jest spokojnie, możemy bez problemu rozłożyć nasz obóz na boisku piłkarskim. Golden jest wciąż z nami. Rozbijamy obóz i bierzemy się za robienie kolacji. Po chwili zgodnie z obietnicą zjawia się ponownie Kelvin z wielką, czarną pałką tomfa. To jego sprzęt, zapewniający spokój w całej okolicy. Jako że Kelvin to potężny i niewątpliwie silny gość, nie ma powodów by wątpić w jego skuteczność. Wrażenie na nas robi jednak nie jego postura, ale osobowość – zachowuje się jak mnich, jest bardzo poważnym facetem, traktującym bardzo serio nas, naszą rozmowę i całe spotkanie.

Kelvin i Golden zostają u nas na noc. To świetna okazja, by ich ugościć i mieć czas na dłuższą rozmowę. Paparazzi gotuje kolację – dzisiaj mamy spaghetti pommodore, które zyskuje uznanie w oczach naszych Gości. Kelvin gra na lokalnej wersji wibrafonu skrzyżowanego z dużymi cymbałkami. Rozmawiamy o wszystkim, co nas tu sprowadza. Dyskusja o religii nie trwa długo – tutaj to oczywiste, że wszyscy ludzie są braćmi, i wierzą tak naprawdę w jednego i tego samego boga, niezależnie od wiary, jaką wyznają. Ludzie w Zambii są niesamowicie optymistycznie nastawieniu do życia. Pewnie wynika to z ogólnej atmosfery, która i nam się tutaj szybko spodobała i udzieliła – w Afryce nie ma żadnych problemów z nawiązywaniem kontaktów między obcymi sobie ludźmi, wszyscy wszystkich cały czas pozdrawiają, uśmiechają się do siebie, jest to dla nas niezwykłe – Europejczycy przy nich to zwykłe drętwusy i sztywniaki.

Żeby nie było zbyt różowo – optymizm mieszkańców Afryki jest też pewnie naturalnym lekarstwem, metodą na ich często trudną sytuację materialną. Mam taką refleksję – Afryka to miejsce w swej naturze bardzo odmienne od naszego świata, a przynajmniej tak było przed epoką odkryć geograficznych, niewolnictwa i kolonializmu. To kontynent, na którym łatwo poczuć się szczęśliwym, to jest jakoś tajemniczo zakodowane w tej ziemi i powietrzu. Nam się to udzieliło, jesteśmy w tej Afryce zakochani. Afrykanie czują się tu świetnie i kochają swoją ziemię. Problemy, które ich nurtują w dużym stopniu są skutkiem ubocznym interwencji świata zewnętrznego w afrykańską, naturalną harmonię. Jakoś trzeba w tym nowym świecie żyć, co w Mukuni chyba całkiem nieźle się udaje, choć jest biednie.

Nam w Mukuni podoba się wszystko – najbardziej ludzie. Czujemy się pod opieką naszych nowych przyjaciół na tyle bezpiecznie, że ruszamy po zmroku do centrum wsi. Na boisku nikt nas nie niepokoi, bo taki komunikat został wysłany przez Kelvina i wszyscy są temu posłuszni. Ale dobiegają nas dźwięki muzyki i nie zamierzamy się alienować we własnym obozie. Po chwili marszu, z Goldenem jako opiekunem (Kelvin został z paroma z nas w obozie) pojawiamy się w lokalnej knajpie.

Wygląda jak bunkier skrzyżowany ze świetlicą, jest z gliny, ma klepisko, szafę grającą, dwa kolosalne i toporne głośniki, z których ryczy miejscowa muzyka (zresztą niezła).

Pełno tu ludzi, oczywiście wyłącznie koloru czarnego. Jesteśmy tu chyba pierwszymi białymi w historii – nasi rozmówcy nie przypominają sobie, by kiedykolwiek ktoś o jasnej skórze zjawił się w tym miejscu po zmroku. Kupujemy piwo, odsuwamy się trochę od głośników i zaczynamy rozmawiać z ludźmi. Jest jak zawsze – uśmiechnięci ludzie, pełna otwartość, mnóstwo gestów i opinii „super, że tu jesteście”.

Oczywiście, gdybym zjawił się tu sam, bez ochrony, jaką daje prawo gościny, fakt, że wszyscy wiedzą o naszym meczu, misji i piłkach – pewnie skonałbym tu ze strachu. Możliwe też, że zostałbym okradziony. My mamy swoje uprzedzenia i stereotypy – a ludzie tutaj są naprawdę biedni - a bieda popycha do występków. Niesamowite jest to, że filozofia GloBall, nad którą intensywnie pracujemy,  działa tu tak, jak to sobie wymarzyliśmy. Ludzie otwierają się przed nami chętnie, zapraszają do środka, rozmawiamy, bawimy się i naprawdę gramy razem! Zaczynają się dyskusje o piłce, pogodzie, rodzinach i zabawie.

Po chwili w knajpce zaczynają się już wspólne, czarno-białe tańce i jest naprawdę świetnie, choć Golden jest czujny i pilnuje nas, żebyśmy się nie rozleźli po ciemnych kątach.

Niektórzy mogą być tu jednak trochę niebezpieczni, choć chyba najbardziej zależy Goldenowi na ochronieniu nas przed pressingiem – wielu miejscowych za wszelką cenę chciałoby z nami zrobić jakiś interes, sprzedając pamiątkę, handlując niezwykłą, zdewaluowaną walutą z Zimbabwe lub  naciągając na piwo.  Oczywiście my i tak chętnie wchodzimy w takie interakcje – ja kupuję za 1 dolara amerykańskiego banknot o niewiarygodnym nominale 100 Bilionów dolarów Zimbabwe. Fajna pamiątka, a przecież ludzie tutaj żyją z takich biznesów, jeśli możemy – róbmy je. Nikomu to nie zaszkodzi, a trochę pomoże.

Oczywiście Mukuni już nie oczekuje od nas niczego więcej – ludzie doceniają naszą obecność w takim kształcie, jaki zobaczyli i akcja GloBall jest dla wioski po prostu super wydarzeniem. Myślę dziś, że sam fakt normalnej relacji między białymi i niebiałymi, nasze rozmowy i wspólnego wygłupy – są chwilami w tym wszystkim najważniejsze. Tutaj biali wciąż są wyłącznie turystami lub posiadaczami ziemskimi, niewiele osób przełamuje faktyczne granice. Robią to nieliczni podróżnicy, pracownicy instytucji pomocowych, misjonarze.

Wracamy do obozu, w którym do późnej nocy rozmawiamy z Goldenem i Kelvinem o Zambii, jej ekonomii, tolerancji między ludźmi, kosztach i realiach życia. Okazuje się, że Golden, poza trenowaniem dzieci, gra również na bramce. Natychmiast wyciągamy profesjonalny model  bramkarskich rękawic Reusch, Goldenowi trzęsą się ręce, kiedy je zakłada.

To już jest prezent z najwyższej półki – takie rękawice ma w całej Zambii – od teraz - poza Goldenem - pewnie tylko bramkarz narodowej reprezentacji kraju. Obdarowanemu trochę drży głos, jest naprawdę szczęśliwy. Są to zwykłe – niezwykłe rękawice. Ten moment podsumowuje ktoś celnym zdaniem: „now, you have really golden hands”. Wszyscy się śmieją, idziemy spać w świetnych humorach, Kelvin i Golden – w naszym namiocie gościnnym, który już po raz drugi jest zamieszkany przez fantastycznych ludzi, jakich mamy nadzieję poznać więcej na drodze GloBall.

Rano jedziemy w odwiedziny do Goldena, który zaprosił nas do swojego domu. Po raz pierwszy mamy szansę odwiedzić normalne, prawdziwe domostwo – zajrzeć w każdy kąt, porozmawiać z całą rodziną. Golden ma komórkę, fajne dżinsy i porządną koszulkę na grzbiecie. Buty co prawda zrobił sobie sam, z opony, ale wyglądają świetnie (kupimy sobie takie na pewno). Dlatego jego dom zbija nas z tropu. To okrągła chatka z gliny, o średnicy 3 metrów, w której stoi drewniana rama łóżka z materacem. Nic więcej. Jest pusto. Nie ma innych ubrań, przedmiotów osobistych.

Wygląda na to, że Golden ma tylko dach nad głową, posłanie i to, co na sobie… Robi nam się smutno, mocna to emocja.

Rozmawiamy z rodziną Goldena, która tymczasem przychodzi z pola, gdzie wszyscy pracują przy uprawie kukurydzy. Gospodarz (wujek Goldena) ma 70 lat, krzepkie, spracowane ręce i pogodne usposobienie.

Obejście to chata mieszkalna (większa od domku Goldena), pełna ręcznie wykonanych narzędzi, plastikowych butelek i pojemników (bardzo cenne są wszelkie opakowania na wodę, nie wyrzucamy ich do śmieci, butla po wodzie mineralnej, zwłaszcza 5-cio litrowa, to wartościowy prezent).

Golden oprowadza nas po całej zagrodzie, wyjaśniając, co do czego służy. Nie ma tu prądu ani bieżącej wody, wszystko jest tak, jak 100, 200 czy 400 lat temu, poza magnetofonem z radiem na baterię i komórką Goldena.

Jest gołębnik, zagroda dla kóz, oddzielna chatka-jadalnia, chatka-kuchnia na której palenisku non-stop gotuje się wrzątek, kurnik i suszarnia. Wszystko czyściutkie, schludne, nic tu się nie zmarnuje. Dziwna to bieda – uśmiechnięta, nie głodna, ale też pozbawiona całego mnóstwa rzeczy, które nam wydają się niezbędne do życia. Patrzę na moich 10 towarzyszy podróży (w tym jedną towarzyszkę ;)
– i wiem, że każdy myśli teraz intensywnie i przeżywa to, co zobaczył.

To ważny dzień dla GloBall.

Trochę mądrzejsi ruszamy w drogę… Za nami zostaje radosny Golden z rękawicami marzeń, zaopatrzona w piłki szkoła i wioska Mukuni, która już wie, że są biali ludzie, którzy nigdy nie kolonizowali Afryki, mają do Afrykanów wyłącznie wielki szacunek i serca otwarte na ich problemy. W Mukuni na pewno będą o nas długo i dobrze pamiętać. My o nich – jak najbardziej też. Adres do Goldena zapisaliśmy i na tym nasza znajomość raczej się nie skończy :-)


Na pożegnanie Golden podsumowuje nasze spotkanie i życzy nam, byśmy kontynuowali szczęśliwie naszą misję z takim duchem, jakiego byliśmy wspólnie świadkami w Mukuni Village.

Następny mecz – Dom Nadziei w Lusace.


Dodatkowe informacje