• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Masajowie

Coś się znowu zmieniło. Masajowie to kompletnie inni ludzie, a ich świat to zupełnie inna Afryka. Będzie to dla jednych Afryka wspaniała, dla innych – irytująca, a tak naprawdę – znowu i po prostu niezwykle interesująca.

Ludzie z plemienia Iraqwi tłumaczyli nam, że Masajowie są dumni, nie mają żadnych kompleksów w kontaktach z białymi. Mają swoje wady, które łatwo uznać za zalety. Mnie imponuje ich siła, która pozwoliła przetrwać ich bardzo wyrazistej kulturze i tożsamości. Masajowie wciąż są sobą – chodzą w swoich ubraniach, z bronią, nie mają takiego problemu ze zderzeniem kultur, jak inni Afrykanie. Z drugiej strony trochę wkurza mnie ich chłód, dosłowny często brak uprzejmości, gościnności czy czasami - wręcz wrogość. Ale to rozumiem, im więcej z nimi przebywamy – tym lepiej potrafimy to ogarnąć myślą.

Masajowie od zawsze wierzą w to, że Bóg stworzył ich naród, a potem ich krowy. ICH krowy. Bo Masajowie święcie wierzą, że wszystkie krowy na całym świecie należą do nich, i czasem tylko przypadkiem bywają wypasane przez obcych. Masaj taką krowę – jeśli tylko ma okazję – po prostu zabierze, bo ona należy do niego. Nie ma tu miejsca na żadną dyskusję.

Kiedy Masaj idzie do szkoły – a rzadko idzie, bo Masajowie nie lubią naszych szkół i tego całego europejskiego pomysłu na życie – to ten Masaj musi być koniecznie najlepszy w klasie. To mi imponuje. Choć brak tu spontanicznej otwartości tej radosnej, prostej i szczerej Afryki, to coś nas do tych wrednych Masajów ciągnie. I nie są to tylko ich kolorowe szaty, pełne uzbrojenie. To raczej wyższość, z jaką na nas patrzą. W ich oczach czai się dla nas wyzwanie.



Stuletni Wódz.

Jadąc jedyną drogą w okolicy zobaczyliśmy wioskę Masajów, położoną w niesamowicie pięknym miejscu. Niestety – po drugiej stronie koryta wyschniętej rzeki. Głębokiego na jakieś 100 metrów. Na oko wygląda, że nie da się tam dojechać. Ale po chwili Bart robi zwiad, droga się znajduje, a ze wzgórza schodzi do nas kilku wojowników masajskich. Patrzą na nas badawczo, oczywiście bez żadnego respektu. Zagadujemy ich i postanawiamy od razu zagrać z nimi mecz – tu i teraz.

Najstarszy z wojowników mówi trochę po angielsku. Przedstawia się jako lokalny nauczyciel i jak na Masaja jest bardzo otwarty i miły. Pozostali patrzą na nas z góry, a po angielsku mówią tylko „yes”. Nauczyciel wsiada do auta, ja z drugim wojownikiem jadę na masce naszego Defendera.

Trzeci Masaj siedzi na kolejnym aucie. Ruszamy, a droga do wsi jest skalista i prawie jej nie widać. Próbuję nawiązać jakiś kontakt z „moim” Masajem – zagaduję przyjaźnie po polsku i po angielsku, ale on odpowiada tylko zdawkowe „yes”, więc rozmowa nam się trochę nie klei. Mam manierkę z wodą, wzbogaconą tabletką Pluszza z Polski. Częstuję go, przełyka i oddaje manierkę nieco pogardliwie – biały zepsuł dobrą wodę jakimś głupim europejskim smakiem. Potem już nie przyjmuje poczęstunku ;-)

Dojeżdżamy do wsi. Przed nami Afryka pełną gębą. Taka sprzed 100 i 500 lat, ja z obrazka. Okrągłe chatynki z krowich kupek, gałęzi i piasku, dookoła wsi zeriba z akacji (nie da się przez to przejść nawet w pancernych butach), trochę kóz. Krowy pasą się gdzieś na sawannie, we wsi są głównie kobiety i dzieci. Próbujemy zagadać, ale idzie ciężko. W kulminacyjnym momencie przez wieś przechodzi trąba powietrzna – na chwilę musimy przerwać konwersację.


Rozstawiamy bramki i gramy w piłkę. Coś  nam to dzisiaj nie idzie. Tutaj naprawdę nie ma prądu, telewizora, wiedzy o reszcie świata. Nareszcie! Tutaj nawet piłka nożna okazuje się niezrozumiałym językiem ;-) Masajowie oddaleni od szosy nie znają tego zjawiska, nie podnieca ich to i mają generalnie tę naszą piłkę trochę w d…

Wydaje mi się, że oni w ogóle nie są zainteresowani rzeczami i zjawiskami niepraktycznymi. Nie potrzebują ich, tak jak nie potrzebują naszej kultury i ostentacyjnie często to demonstrują. To intrygująca obserwacja – Masajowie są pierwszym plemieniem, jakie spotykamy, które potrafi być tak asertywne wobec białych.

Asertywność Masajów szybko staje się irytująca: ich brak zainteresowania dla błahych zabawek (takich jak piłka) skutecznie zastąpiła dość bezczelna maniera wyciągania od obcych wszelkich przedmiotów uznanych za przydatne. A dla Masajów przydatne są wszelkie narzędzia, latarki, pieniądze i przede wszystkim – broń. Wszelkiej maści broń. Słowo „weapon” jest tu jednym z ulubionych. Masajowie to rasowi wojownicy – wszędzie noszą swoje bojowe tasaki i groźnie wyglądające włócznie – i ponoć powszechnie i chronicznie przejawiają skłonność do ich nadużywania.

Dwa lata temu dwóch nierozważnych ludzi z ludu Iraqwi postanowiło ukraść miejscowym Masajom kilka krów. Wytropienie zguby zajęło Masajom parę godzin, odzyskanie nie sprawiło żadnej trudności. Złodzieje na wszelki wypadek zostali zabici na miejscu – nie było sensu zostawiać ich przy życiu, mogliby przecież znowu coś kiedyś chcieć Masajom ukraść.

Tanzańska policja nie ściga tego jako przestępstwa. To lokalne prawo i generalnie szanuje je się tutaj. Myślę, że gdyby Masajowie zabili białych turystów, byłaby jakaś grubsza afera, ale krowim skrytożercom mówią tu dość zdecydowanie „nie”.

Mecz jest dość śmieszny – nikt nie chce z nami grać, nikt nie zna zasad futbolu, ludzie nawet nie wiedzą, że piłkę można kopnąć. Dwóch wojowników z jakiejś specyficznej uprzejmości decyduje się na wejście na boisko. Jeden stoi na bramce, w ataku jest Nauczyciel, który w ogóle zachowuje się inaczej niż pozostali Masajowie. Dodajemy do ich zespołu Marja, i gramy trzech na trzech.

Zabawie przygląda się spod drzewa – tam jest cień – a w Afryce jak jest cień, to się w nim stoi – tłumek kobiet z małymi dzieciakami. Większe wypasają bydło. Nagle gra staje w miejscu – pod drugim drzewem pojawia się plastikowe krzesło Pepsi Coli, a na nim siedzi Wódz. To stary i niezbyt sympatyczny na pierwszy rzut oka (i na drugi zresztą też) dziadyga.

Ale szacunek w społeczeństwie jest pełen. Mecz zamiera, wojownicy grzecznie i potulnie otaczają dziadygę pierścieniem włóczni, reszta wioski bez szemrania wgapia się w twarz swojego Szefa. Kurcze, zapomnieliśmy się zapytać Wodza o zgodę!! Będzie afera. Wódz jest niezadowolony, i na pewno jest Masajem. Gapi się na nas z otwartą wrogością, choć właściwie nie wiadomo czy coś widzi, bo ma jakieś dziwne i krzywe oczy. Nauczyciel mówi nam, że Wódz się gniewa i że ma 100 lat. Stu to on nie ma na pewno, pewnie z 60, ale władza ewidentnie znajduje się w jego rękach.

Wódz jest niezadowolony z meczu. Nie akceptuje europejskiej fanaberii. Szybko jednak okazuje się, że każdy ma swoją cenę – Wódz z zainteresowaniem ogląda jednorazową maszynkę do golenia.

Wzbudza ona jego wyraźne pożądanie. Próbne golenie odbywa się na miejscu i natychmiast, dzięki czemu uzyskujemy prawo wstępu do wioski, robienia zdjęć, zagrania meczu etc.

Pełna zgoda wymaga jednak bardziej zaawansowanego przekupstwa – piłki Masajów w ogóle nie interesują (!), oczywiście do czasu, gdy dowiedzą się, ile są warte – te trzy od nas na pewno natychmiast sprzedadzą.

Oprócz maszynki do golenia dajemy Wodzowi nóż, i to przypieczętowuje nasz wątły sojusz.

Możemy dokończyć mecz – jest remis – wymuszony dyplomatycznie przez grającego po stronie Masajów Marja – i szybko się zwijamy, bo raczej nas tu nie pokochają.



Jedziemy przez krainę wojowników i trąb powietrznych, które otaczają samochody ze wszystkich stron – już pierwszego dnia mijamy ich kilkanaście.

Naszym celem jest osada masajska nad świętym dla nich jeziorem Natron - i pod równie świętą górą Ol Doinyo Lengai. Droga nad Natron jest trudna, ale zjawiskowa, a wulkan (którym okazuje się góra) wygląda jak praojciec i protoplasta wszystkich wulkanów.

Po drodze narasta nasza wściekłość na masajską bezczelność i wyrachowanie – przejeżdżamy przez trzy kolejne, drogowe zasadzki, na których masajskie szczepy wymuszają na nas myto za przejazd, twierdząc za każdym razem, że nie ma więcej opłat i w ogóle „all inclusive”. Łącznie zdzierają z nas po ponad 100 dolarów od osoby – to więcej, niż wydajemy tu na tydzień życia, ba, więcej niż kosztowały wszystkie opłaty za wjazd do najdroższego w Afryce Ngorongoro. Atmosfera w zespole robi się gorąca, dyskutujemy czy się nie wycofać – wygląda na to, że porozumiewanie się za pomocą piłki ma tu niewielką przyszłość, a promowanie tolerancji nie spotka się z żadnym zainteresowaniem. A nam kończą się pieniądze…

Po dłuższej rozmowie decydujemy, że nie będzie Masaj pluł nam w twarz. Podejmujemy wyzwanie i ruszamy, by zmierzyć się z masajską wyższością. Przy jednym ze szlabanów stawiamy się Masajom – nie chcemy zapłacić. Natychmiast z sawanny wyłaniają się siły zbrojne – jeden wysoki wojownik z dzidą jak dwa połączone miecze blokuje teren wokół pierwszego Defendera.

Mocno już poirytowany masajskim cwaniactwem i ciągłym naciskiem Bolo wyciąga swoją maczetę – niech Masajowie nie myślą, że tylko oni są tu uzbrojeni. Facet z dzidą z mieczy odskakuje na dwa metry – czujny, gotowy do walki, ale chyba z lekkim zaskoczeniem i jakimś minimalnym respektem. Zapłacić i tak musimy, oni tu mają chyba jeszcze batalion takich żołnierzy pochowany w okolicy, lepiej ich nie prowokować do militarnej interwencji ;-)

Wieczorem docieramy nad jezioro Natron. Śpimy na campsajcie, który należy do egzotycznej pary facetów – wspólnikami są masajski wojownik o imieniu Jona i Scott – pięćdziesięciu-paroletni Amerykanin, który wygląda jak Ernest Hemingway w najlepszej formie skrzyżowany z Harrisson’em Fordem.

Scott jest bardzo fajnym facetem – mieszka na zmianę w Stanach i tutaj, rozbudowuje camping, jest zakochany w miejscu i w Masajach. Oni go szanują, choć oczywiście – bez przesady, w końcu jest tylko białym, chociaż lekarzem. To akurat bardzo nam się przydaje – nasz doktor pojechał do Mombasy na spotkanie ze swoją żoną (szczęściarz!), która wpadła by zabrać go z Afryki do domu (nieszczęśnik!). A nam akurat rozchorował się Marjo. Scott go bada i pomaga dobrać lekarstwa. P.S. Pewnie interesują Was trapiące nas choroby? Jest tego trochę: oczywiście liczne biegunki, które przetrenowały już połowę z nas. Marjo miał coś jakby atak malarii, ale było to raczej związane z otrzewną lub wyrostkiem robaczkowym, nie wiemy, przeszło. U Matoua popękały palce stóp i rąk, nie chcą się zagoić w tym klimacie i wypadła plomba z zęba, który na szczęście nie boli. Bola coś użarło w ramię (pająk?), wyrosło z tego paskudne zakażenie skóry, które rozpełzło się na jakieś 20 cm., na szczęście udało się zaleczyć. Jurek uszkodził sobie rękę podczas siłowania się na nią z miejscowymi mocarzami, wciąż ją leczy, o czym jeszcze później napiszę. Antonio ma złamane serce, które Afryka powoli zabliźnia. Reszta – tylko drobne skaleczenia, mniejsze zakażenia skóry i jakieś tam normalne choroby, więc bilans jest całkiem niezły. Pomijam kwestie psychiatryczne, oczywiście ;-)

Zaczynamy poznawanie Masajów.

Masajowie za swój kluczowy przysmak uważają krowie mleko zmieszane ze świeżą krwią tej samej krowy. Oczywiście żywej – oni są jak wampiry – robią krowom specjalne nacięcie na szyi, i po wydojeniu krowy dolewają z tego nacięcia krwi do kubka... Ponoć pycha, nie było jakoś okazji spróbować.

Masajowie są pasterzami i wojownikami. Nie wnikają w problemy innych ludzi – one ich po prostu nie interesują. Interesują ich krowy, które są sensem i celem ich życia, walutą, religią i podstawą bytowania. Wszyscy są również wojownikami – od narodzin aż do śmierci. Inni ludzie są dla nich mięczakami, nie warto tracić czasu na dyskusje z nimi. Ma to wszystko naprawdę głęboki sens – z ich punktu widzenia, ważne jest by przeżyć, zapewnić bezpieczeństwo sobie, najbliższym, trzymać się razem i nie dać obcym szans na jakiekolwiek wtrącanie się w ich sprawy.

Tolerancja i Masajowie: słowo i definicja tegoż są bez sensu. Masaj nie rozumie, dlaczego miałby tolerować innych ludzi, skoro są po prostu gorsi od niego? Póki nie wchodzą na jego teren i nie kradną mu krów, niech sobie żyją. Ale każde naruszenie świata wartości Masaja spotka się z natychmiastową i bezkompromisową reakcją – najprawdopodobniej zbrojną.

GloBall i Masajowie: wymiana międzykulturowa i fascynacja innymi? Niekoniecznie. Masajowie chętnie przyjmą od nas pieniądze, resztą nie są zainteresowani. Po co poznawać inne kultury, skoro ma się doskonałą własną? Zresztą - najlepszą?

Strach i Masajowie: Masajowie nie wiedzą, co to strach. Nawet małe dzieci niczego się nie boją, bo nie nauczono ich, że istnieje taka możliwość ;-)

To oczywiście nie jest do końca prawda – lęk to instynkt pierwotny - w paru miejscach, w których straszą dzieci, że jak będą niegrzeczne, to przyjdzie „muzunga” (biały) i je zabierze (jak u nas z historią o „Czarnej Wołdze”), na sam nasz widok w panice uciekali nawet nastolatkowie ;-)

Masajowie i broń: oj, no to jest po prostu TO! Włócznie, armaty i pancerze – w tej tematyce nasza rozmowa nabiera gwałtownego rozpędu. Do pewnego momentu byliśmy traktowani oschle, często nawet z góry. Masajowie uważają się za najlepszych na świecie. Biali są nieco niżej w hierarchii. Choć i tak najwyżej, jak się da. Inne ludy liczą się dla Masajów mniej lub wcale.

Postanawiamy powalczyć o szacunek dla nas. Wkurzają nas ci Masajowie, czas pokazać im, co my myślimy o nich. Skoro miękka i pokojowa technika cross cultural communications nie działa – czas zacząć mówić językiem zrozumiałym dla Masajów. Piłka się nie nadaje? Nie szkodzi, damy sobie radę inaczej.

Jak ułożyć poprawnie swoje stosunki z Masajami
– porada w 3 krokach dla zaawansowanych.

Krok 1: zagraża Ci Masaj z wielką dzidą-mieczem? Wyciągnij swój. To już wiemy - Bolo dobywa wielkiej maczety, Masaj natychmiast odsuwa się na dwa kroki i przestaje nad nami dominować. Nie, żeby się wystraszył, potrzebuje po prostu więcej miejsca by skutecznie użyć własnej broni w razie takiej potrzeby – ale na Bola nie patrzy już jak na dzidziusia, czy ofiarę, tylko jak na drugiego wojownika.

Krok 2: nie szanuje Cię grupa uzbrojonych masajskich wojowników? Wysyp na stół stos własnych maczet, noży, włóczni i rozpocznij ich wielkie, ostentacyjne ostrzenie. Na szczęście mamy już trochę bojowego złomu, który pozyskujemy w czasie wyprawy w ramach handlu wymiennego z mijanymi plemionami, więc nasz arsenał wygląda w miarę przyzwoicie.

Krok 3: plemię Masajów zamierza oszyć Cię cynicznie z pieniędzy, a Ty chciałbyś  jednak wejść z nimi w przyjazną interakcję? Posłuchać ich śpiewów i razem potańczyć? Nakarm plemię dobrym żarciem, i puść dzieciom w kinie możliwie najbardziej krwawy dramat wojenny. To ich rozbawi i skłoni do otwarcia się na inną, najlepiej super-groźną kulturę.

Mniej więcej tak przebiegły nasze dwa dni nad jeziorem Natron, o czym za sekundę – bardziej szczegółowo.

Ale zanim zaczęliśmy masajski eksperyment społeczny, mocno zakurzeni - postanowiliśmy najpierw się wykąpać. Lokalny prysznic okazał się dość luksusowym rozwiązaniem sanitarnym:

U Masajów jednak nie ma nic za darmo: po fakcie zażądali od nas po 10 dolarów za kąpiel pod wodospadem!

Za co już 3 razy zapłaciliśmy wczoraj! Skandal, masakra i ogólna eskalacja!

Po całodniowej walce o kolejną opłatę – tym razem stawiamy się na maksa i mówimy Masajom twarde „nie, nie zapłacimy” – a zbliża się wieczór. Po wspólnym ostrzeniu broni nawiązuje się między nami pierwsza nić porozumienia. Gdy Masajowie dowiadują się, że mam w Polsce prywatny wóz pancerny – pokazuję go na zdjęciu – zyskuję gwałtownie w ich oczach. Szkoda, że nie ma jeszcze z nami Jazzman’a – on ma własny czołg T-55, zrobiłby tu furorę ;-)

Jak powszechnie wiadomo, gdzie nikt nie działa, Polak działa ;-) Kupujemy więc we wsi kozę, którą wieczorem robimy na kolację z kaszą gryczaną, ryżem i mnóstwem dodatków. Wiadomo – przez żołądek do serca.

Na takie żarcie Masajowie zlatują się bez żadnych fochów - wszyscy. Wcinają z apetytem i widać, że wspólna kolacja jest dla nich prawdziwym zaskoczeniem. Scott mówi, że wszystkim naprawdę bardzo smakuje.

Po jedzeniu idziemy za ciosem – rozstawiamy Kino Letnie GloBall. Samo w sobie jest hitem – Masajowie stąd nigdy w życiu nie widzieli telewizji. A tu wielki ekran, na nim film z facetami, z którymi jedzą kolację i takie różne atrakcje. Kino letnie robi furrorę: materiały GloBall’owe budzą normalne emocje, bajki są super i dla dorosłych, i dla dzieci, „Krecik” okazuje się zdecydowanie lepszy niż „Tom&Jerry” (chodzi o tempo zdarzeń, amerykańska kreskówka jest za szybka). Już po chwili w kinie siedzi cała wioska i wszyscy intensywnie przeżywają to, co dzieje się na ekranie.

Największym przebojem okazuje się jednak pokazana spontanicznie „Cienka czerwona linia”. Zastanawiamy się chwilę, czy to nie przegięcie? Film wojenny, trupy, krew – a tu dzieci, ideały GloBall, nasza misja??? Do diaska! Przecież to Masajowie! Nie jakieś tam ciamciaramciam. Ustalamy, że Masajom trzeba pokazać czołgi, wybuchy i jakąś masakrę – tylko to może spowodować, że zyskamy w ich oczach i zaczną nas traktować z szacunkiem, a nie jak frajerów. Przez chwilkę nawet trwa wśród nas spór ideologiczny co do słuszności tej decyzji, ale usta oponentom tego pomysłu szybko zamykają… reakcje Masajów na pierwszą bitwę na ekranie.

Film wojenny to jest to, co Masajowie lubią najbardziej. Bitewne sceny wywołują żywe reakcje wszystkich – śmieją się radośnie, komentują wojenną technikę i chichrają się do rozpuku przy scenach, w których biali żołnierze wariują ze strachu. Dla Masajów to zabawne – nie znają pojęcia „lęk”. Dzieci śmieją się najgłośniej, a żadne sceny, które dla nas są krwawe i wstrząsające - nie robią żadnego wrażenia nawet na najmniejszych maluchach – tutaj się od małego przyglądają szlachtowaniu krów, uczą wojennego rzemiosła i to jest właśnie ich świat. Ich życie.

The Magic Hour.

Magiczna chwila nastąpiła zaraz po filmie. Dumni Masajowie uznali, że jesteśmy jednak dla nich partnerami, że chłopaki z GloBall to prawdziwi wojownicy i całkowicie spontanicznie postanowili zrewanżować się za naszą gościnność, pyszną kolację ze świeżo zabitej kozy i pierwsze w historii wioski kino na wielkim ekranie.

Odbywa się krótka narada w plemieniu i nagle zaczyna dziać się coś niesamowitego. Wychodzimy na trawę. W jednym miejscu zbierają się wszystkie kobiety, dziewczyny i małe dziewczynki. Zaczynają niezwykły śpiew – brzmi jak jakaś opowieść. Nie wiemy o czym, ale to jest po prostu piękne. Jest chyba pierwsza w nocy, Masajki śpiewają nie na jeden, nie na dwa, ale na chyba 10 czy więcej głosów. Muzyka wciąga nas, to taki jakby narkotyczny lekko klimat. Masajowie naprawdę nie lubią aparatu i kamery, więc ich nie włączamy (szkoda, szkoda, do końca życia będziemy żałować, że nie mamy tego na filmie i zdjęciach, ale i tak było totalnie ciemno…). Nagrywanie nawet w trybie „night shot” zepsułoby tę piękną i nieuchwytną atmosferę. Udaje nam się za to włączyć rejestrator dźwięku – będziemy mieli fantastyczną ścieżkę audio do innych scen.

Gdy myślimy już, że jesteśmy w siódmym niebie – kobiety się rozkręcają, śpiewają coraz potężniej i tańczą, a ich wielogłos jest niesamowity – z ciemności jaka nas otacza dobiega druga symfonia dźwięków. Basowe, rytmiczne śpiewy dobiegają z drugiej strony – z mroku wyłania się formacja wojowników. Z przodu dorośli z bronią, dalej młodzież i na końcu mali chłopcy. Wszyscy w szyku bojowym, z męską odpowiedzią na kobiecy śpiew. W ruchu tańczą, generują dziwny, wciągający rytm. Dwie zupełnie odrębne pieśni niesamowicie splatają się ze sobą – to jakaś opowieść o wojnie i życiu. Dwie grupy wchodzą w dialog, wokół śpiewających kobiet krążą w szyku wojownicy, pieśni składają się w jedną całość. Pojedynczy faceci z dzidami wyskakują z szeregu, wyśpiewują jakieś zaczepki, skaczą demonstracyjnie wysoko, uderzając z całej siły piętami o ziemię przy lądowaniu i wracają do szyku. Trwa to wszystko kilkadziesiąt minut, nas wręcz porywa do środka, próbujemy tańczyć z nimi, włącza się we wszystkich jakiś pierwotny instynkt, uczucie jest niezwykłe.

Scott w pełnym stroju Masaja tańczy w formacji wojowników, wszystko wygląda na wyreżyserowane przez świetnego reżysera widowisko – a to całkowicie spontaniczna interakcja między dwiema kulturami.

O to właśnie chodzi w GloBall. W podziękowaniu puszczamy jeszcze parę bajek dla dzieci w Kinie Letnim GloBall i wszyscy kładziemy się spać. Pełni emocji, zachwyceni. Jesteśmy po przełomie – mamy sztamę z prawdziwymi Masajami!

***

Kilka dni później spotykamy w Nairobi Scott’a, który przyjechał do Kenii kupić samochód i ma w czwartek lot do USA. Oczywiście od razu zapraszamy go do na wieczorną imprezę, którą organizujemy z okazji zdobycia wizy sudańskiej. Scott w rozmowie potwierdza naszą ocenę całej tej niesamowitej sytuacji – Masajowie byli całkowicie spontaniczni i szczerzy. Co naprawdę im się w takich sytuacjach nie zdarza.

***

Rano jedziemy najpiękniejszą trasą jaką widzieliśmy w życiu. Potężny wulkan Ol Doinyo Lengai dominuje nad całą okolicą, chwilami droga przemierza jęzory lawy po najświeższej erupcji. Ostatni raz wybuchł 2 lata temu i wciąż jest czynny, choć dziś ze stożka nic nie dymi.

Docieramy do miejsca, w którym mamy skręcić z drogi na niewyraźny szlak, który zaprowadzi nas do Kenii. Przed nami otwiera się dzika sawanna, na której chwilami nie ma żadnej drogi – po prostu pędzimy przed siebie.

Za samochodami tworzą się gigantyczne tumany pyłu – takich jeszcze nie widzieliśmy nigdy w życiu. Samochody rozsypują się po równinie w wielkich odstępach, żeby załogi w ogóle mogły oddychać.

Każdy robi co może, by kurz go nie udusił – jedziemy w goglach, chustach przesączonych wodą szczelnie zawiniętych na głowach i twarzach.

Jest ciężko – ale jest też przepięknie, to prawdziwa wolność – dookoła wyłącznie dzika i nieskończona przestrzeń, tutaj nie ma nawet lokalnych plemion.

Mimo przygód sprawnie przedzieramy się na kraniec Tanzanii. Coś nam mówi, że nie powinniśmy opuszczać tego kraju, najlepiej – nigdy ;-)

Z mijanych szkieletów zwierząt robimy dodatkowe dekoracje na samochodach i tak z fasonem dojeżdżamy na granicę z Kenią.

Pożegnanie z Tanzanią smuci – to świetny kraj, w którym spotkaliśmy mnóstwo dobrych ludzi i wiele dobrego przeżyliśmy.

Chociaż PKB Tanzanii jest ponad dziesięć razy mniejsze, niż Polski, nie widać tego po ludziach i ich nastawieniu do życia. Kilka lat temu świat został zaskoczony wynikami badań, w których za pomocą kilku algorytmów i statystyk ustalano odpowiedź na pytanie: „W którym kraju na świecie mieszkają najszczęśliwsi ludzie?”. Na pierwszym miejscu bynajmniej nie znalazł się żaden „najbogatszy kraj”. Najlepiej na świecie ludziom żyło się wówczas w Kostaryce. Pomimo tego, że badanie realizowano na zamówienie „naszej” kultury i w oparciu o „nasze” parametry. A przecież nie wszędzie dla ludzi najważniejsze są pieniądze, czy dostęp do konkretnych dóbr i usług, który ponoć ten poziom szczęścia pomagają mierzyć…

Ciekaw jestem, co by to było, gdyby ktoś opracował specjalne badanie samopoczucia ludzi w oparciu o typowo afrykańskie parametry.  Wydaje mi się, że Tanzania mogłaby być w ścisłej czołówce.

Mnie pęka serce, gdy muszę stąd wyjechać. Przed nami kolejna granica, inne plemiona, inni ludzie, wielkie miasto, biurokracja Nairobi, trudne do załatwienia wizy, biali ludzie, od których odwykliśmy i nowe wyzwania. Jaka będzie Kenia, skoro Tanzania była aż taka???

M.Z.


Dodatkowe informacje