• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Artykuły

Tina, jej Rodzina i psy

Podejmujemy decyzję. jedziemy odwiedzić rodzinę Tiny. Otóż nasza kenijska zawodniczka bardzo chciała nas zaprosić do swojego domu, do mamy i całej rodziny. To ponad 100 kilometrów od Nairobii, trochę nie po drodze… ale… życie nauczyło nas już, że w Afryce nie wolno marnować okazji i sytuacji, które przynosi los.

Po krótkim namyśle mówimy Tinie „tak, całe GloBall pojedzie do Twojej wioski, zagramy mecz i ukłonimy się Mamie”. Tina szaleje z radości, jeszcze jej takiej nie widzieliśmy – wiesza się wszystkim na szyjach i piszczy, zupełnie nie panując nad emocjami.

A jak się rzekło „A”, trzeba też powiedzieć „B” – Tina bardzo się zakumplowała z Hannah… Więc Hannę też zabierzemy z nami w drogę. Druga dziewczyna jest wzruszona i szczęśliwa. Aż przyjemnie popatrzeć.

Ja też się cieszę, bo już wiem, że będę miał o czym napisać.


Jedziemy z Nairobi, zasuwamy, zjeżdżamy na dno Wielkiego Rowu w niesamowicie pięknym miejscu. W nocy dojeżdżamy do Elburgon, które okazuje się raczej miasteczkiem, nie za bardzo jest to wioska.

Po ciemku wygląda to raczej ponuro, dookoła pełno Kikuju, którzy nie wyglądają na jakoś nadmiernie przyjaźnie nastawionych. Niektórzy pijani, inni zaciekawieni, ale często w nieco mroczny sposób.

Wypijamy w knajpie Mamy Tiny po piwku, poznajemy krewnych i znajomych królika, po czym zwijamy się „na chatę”. Dosłownie i w przenośni, bo jesteśmy zaproszeni na rodzinną kolację.

Nie mam pojęcia, jak jedna rodzina Kikuju ugotuje dla 12 chłopa + 3 osób towarzyszących – po drodze przygarnęliśmy jeszcze młodego Amerykanina imieniem Steve, który studiuje tu suahili i napatoczył się po drodze.

Wyjazd na kolację ma swój koloryt – Elburgon to dość ponure miejsce, nawet Mama Tiny mówi, że jest tu „not safety”. Gdy dojeżdżamy do domu rodzinnego, czujemy już to miejsce nieco bardziej. To inna Afryka niż dotąd. We wsi ewidentnie nie jest bezpiecznie, wszędzie kraty, kłódki i zbyt rzadko – uśmiechnięte twarze.

Chronimy się w domu Tiny. Wchodzimy z GloBall do rodzinnej siedziby, zupełnie nieprzypadkowo, jako zaproszeni i oczekiwani Goście. Ja osobiście i oczywiście - natychmiast zakochuję się w domowym stadku psów, w zauważaniu, oswajaniu i dopieszczaniu afrykańskich psów specjalizujemy się tutaj razem z Bartem.

Czeka tu na nas cała rodzina i kolacja – wreszcie jemy prawdziwy, lokalny posiłek. To najbardziej klasyczna kuchnia w tej części świata – UGALI, czyli blok z mąki kukurydzianej, odświętnie na naszą cześć podany z NYAMA YA NGOMBE, czyli mięsem wołowym. Smakuje nieźle, można się elegancko nasycić - Afryka nie jest jak na razie wyrafinowanym kulinarnie miejscem. Tutaj się je, żeby się najeść, nie dla przyjemności. Przyjemnie zaskakuje nas MBOGA – przepyszna kapusta na gorąco. Wszystko to zrobione zostało na JIKO, bo tak nazywa się bardzo charakterystyczny kociołek-piecyk.

Tina gotuje nam z mamą i dziewczyną, która jest ich gosposią.

Taki piecyk na węgiel drzewny (to właśnie JIKO) to podstawa w całej Afryce. Również u Tiny na tym właśnie się gotuje. Piecyki te są bardzo wydajne – afrykańskie drewno pali się inaczej niż nasze, dużo dłużej – ma taką specyficzną, gęstą strukturę. A węgiel drzewny, który można kupić wszędzie, to już w ogóle mistrzostwo świata w efektywności, daje mnóstwo ciepła i żarzy się bez końca.

My czekamy głodni przy jednym, niedużym stoliczku.

Jest super, bo częścią rytuału jest mycie rąk, które Tina polewa nam ciepłą wodą z dzbanka. Nareszcie można jeść rękami!! Cieszymy się jak dzieci, jest to jakaś odmiana w naszym menu.

Po kolacji grzecznie idziemy spać, pod czujnym i troskliwym okiem Tiny i jej mamy nie mamy animuszu na organizowanie jakiejś imprezy.

Część śpi w namiotach, część w domu na licznych tutaj kanapach i wersalkach – rodzina Tiny jest jak na Elburgon dość zamożna. Mnie przypada spanie w jednym łóżku razem ze Stevem - no dość dynamiczna jest ta nasza znajomość, poznaliśmy się pół godziny wcześniej ;-)

Rano pobudka, gotowanie na śniadanie…

… a po nim akcja specjalna.

W starej latrynie prawie tonie nam „Gucio”, można by stwierdzić, że jego załoga jest potencjalnie po uszy w g… . W nocy zaparkowaliśmy nad starą, nieczynną już na szczęście dziurą w ziemi, przykrytą konstrukcją z drewnianych pni i przysypanych ziemią. Na wszystkim rośnie trawa i nawet saper nie domyśliłby się, jaka mina czeka pod nią schowana…

Cóż, Gucio waży teraz ponad 3 tony, więc grunt dosłownie się zapada, a samochód cudem nie wpada cały do środka. Wyszarpuje się zapadającej się pod nim ziemi w ostatniej chwili, a nam pozostaje cyknąć fotkę miejsca naszej niedoszłej kąpieli, i jechać na mecz do szkoły tuż obok.

Oczywiście wręczamy tu piłki – między innymi tę kupioną w Rzeszowie przez Izę i Marka. Iza i Marek – dziękujemy w imieniu małego Nigela i w imieniu całego GloBall!

Tą Waszą piłką przez kilka miesięcy będzie grało tu w Elburgon kilkadziesiąt dzieciaków. To cała fura radości dla nich, a jak prezent dokona żywota, pozostanie im jeszcze 10 wzmacnianych piłek GloBall w miejscowej szkole, kilka w sierocińcu, oraz to, co najcenniejsze, wspomnienie o uśmiechniętych facetach, którzy grali razem z nimi w nogę. To naprawdę jest tutaj wielkie wydarzenie i świetna zabawa dla wszystkich.

Cieszymy się z tej radości.

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE


Dodatkowe informacje