• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Ambaras i Ambasada


Jechaliśmy do niej 8 tysięcy kilometrów przez kontynent dla nas egzotyczny, tak naprawdę - nieznany i nierozumiany przez nas samych, naszych rodaków w Polsce i ludzi na świecie w ogóle.



Trafiamy tu po wielu przygodach i z duszą na ramieniu, bo czeka nas biurokratyczna bitwa o wizy do następnych krajów, w tym o owianą legendarną niedostępnością wizę etiopską.


W polskiej ambasadzie w Afryce jesteśmy  po raz pierwszy. To niesamowite uczucie, zobaczyć tu polską flagę i stanąć na chwilę na ojczystej ziemii tak daleko od Krakowa.

Ambasada jest niedużą, ale bardzo schludną, ładną i reprezentacyjną placówką. Otoczona – jak wszystko w Nairobi – wysokim murem z drutem kolczastym i płotem pod napięciem 10.000 volt. Bramy pilnują uzbrojeni strażnicy.

Gdy przybywamy (jest poniedziałek, 6 luty 2012), pierwsze co rzuca nam się w oczy, to tabliczka z informacją, że w sprawach konsularnych petenci są przyjmowani dopiero we wtorek… Nie rezygnujemy jednak i szturmujemy ufortyfikowany budynek. W końcu jest nas 12 chłopa, porządnie zorganizowanych i umundurowanych ;-)

Uśmiechnięci afrykańscy wartownicy proszą nas o chwilkę cierpliwości i po chwili jesteśmy zaproszeni do środka.


Rozsiadamy się w przestronnej sali konferencyjnej i kolejno poznajemy Panią Katarzynę Jaworowską, Pana Aleksandra Kropiwnickiego  i wreszcie samą Panią Ambasador Annę Grupińską.

GloBall odbywa się pod patronatem Ministra Spraw Zagranicznych Radka Sikorskiego, ale od razu czujemy, że i bez patronatu zostalibyśmy tu potraktowani poważnie i z pełnym zaangażowaniem.


Ludzie z Ambasady są super – mimo tego, że nie zapowiedzieliśmy naszego przyjazdu wcześniej i w natłoku bieżących prac, rzucają na bok inne zajęcia i od razu bierzemy się wspólnie ostro do roboty. Już po godzinie mamy podpisane i wysłane faxem noty dyplomatyczne do ambasad Sudanu i Etiopii -rozpoczyna się walka o wizy. Piszę „walka”, bo to Afryka – tutaj na wizę można czekać 14 dni, a rekordziści podają o wiele gorsze wyniki – nasi przyjaciele z portugalskiej wyprawy  „Mamma Africa” czekali na wizę do Angoli… 2 miesiące! Dlatego, jeśli nie chcemy tu osiwieć i nie dać się pochować na cmentarzu w Nairobi (ze starości albo irytacji) musimy powalczyć na poważnie i z użyciem wszelkich dostępnych metod, wśród których dyplomacja (nasza wspaniała, polska dyplomacja) jest bronią największego kalibru.


Pani Ambasador Anna Grupińska wpada do nas w biegu na kilka minut – między wizytą w Rwandzie, a spotkaniem w ONZ. To fantastyczna Kobieta i Człowiek, który naprawdę czuje i rozumie Afrykę. Nie musimy nic wyjaśniać, w paru słowach tylko mówimy co robimy w Afryce, pokazujemy piłkę – i już widać, że czujemy tego samego bluesa.


Pani Anna mówi krótko (uwaga, luźny cytat bo notatki pisane były z pamięci!): „ludzie w Polsce i na świecie muszą wreszcie zrozumieć, że w Afryce mieszkają tacy sami ludzie, że wszyscy jesteśmy naprawdę równi, i że nawet jeśli mamy inny kolor skóry – w naszych żyłach płynie zawsze taka sama, czerwona krew. Róbcie dalej to, co robicie, bo dobrze robicie. A Ambasada zrobi, co w jej mocy, by Wam w tym dopomóc”.


Jako się rzekło - nasza Ambasada uruchamia machinę argumentów dyplomatycznych. Ustalamy strategię działania, rozdzwaniają się telefony do ambasad Sudanu i Etiopii.

Jak się okazuje, wizę egipską zdobędziemy na granicy, więc to możemy sobie na szczęście odpuścić. Wiza Sudanu Północnego nie powinna stanowić problemu – wystarczy na nią kilka dni. Ale wiza Etiopii… to może być wyzwanie. Ambasada etiopska w Nairobii po prostu ich nie wydaje, trzymając się ściśle przepisów, które mówią, że wiza ma być załatwiona w kraju zamieszkania turysty. My nie mogliśmy tego zrobić, bo w Polsce nie ma odpowiedniej placówki, a i tak wiza straciłaby ważność, zanim dotarlibyśmy do granicy Etiopii.



Nieważne zresztą – już tu jesteśmy - bez wizy - więc musimy działać. Trochę przerażają nas opowieści o wysyłaniu paszportów kurierem do Europy i innych podobnych rozwiązaniach tego problemu.

W naszym przypadku wszystko dzieje się inaczej: w pół godziny mamy napisane noty dyplomatyczne z naszej Ambasady do placówek Etiopii i Sudanu, Pani Ambasador je podpisuje od ręki, natychmiast są wysłane faksem gdzie trzeba.


Następnego dnia rano wbijamy się do ambasady Sudanu Północnego – trzeba mieć najpierw tę wizę, żeby w ambasadzie Etiopii zobaczyli, że na pewno wyjedziemy z ich kraju.


Placówka sudańska już na nas czeka – nota dotarła przed  nami, i okazała się na tyle skuteczna, że wizy otrzymujemy… od ręki. Spędzamy w niej tak mało czasu, że ledwie dajemy radę nacieszyć się wystrojem wnętrza i starannie przygotowanymi materiałami reklamującymi ten wspaniały z pewnością kraj ;-) No cóż, teraz mamy podwójną motywację, bo musimy zobaczyć jak w Sudanie rybacy łowią owce – na wędkę, czy w sieci?


Wizy sudańskie możemy odebrać tego samego dnia! Łał! To chyba rekord w tej placówce.

Równolegle do naszej akcji sudańskiej, wizytę w ambasadzie Etiopii składają nasi portugalscy koledzy z wyprawy „Mamma Africa”. Po powrocie mówią, że powiedzieli im, iż „czekają właśnie na Polaków”. Z naciskiem na pozytywne emocje ;-)

Następnego dnia, pełni obaw, przez mury, kolczatki i nieduży szpaler dwóch żołnierzy - uderzamy na ambasadę Etiopii…


…i 2 dni później mamy już w ręku wizy, których normalne załatwianie trwałoby dwa tygodnie!
Dla nas to potężna dawka czasu – ratuje nas ona z opresji dotychczasowego opóźnienia. A przypomnę – mieliśmy tygodniową obsuwę na starcie w RPA, która później jeszcze się trochę powiększyła z powodu wolniejszego tempa jazdy, awarii i braku dni wolnych.

***

Wisienką na torcie naszych relacji z Ambasadą, jest zaproszenie na czwartkowy raut dyplomatyczny, uroczystą kolację, która jest nowym zwyczajem polskiej Ambasady w Nairobi – spotkaniem kenijskiej polonii.

Mamy fuksa – odbędzie się akurat, gdy jesteśmy na miejscu :-)

No cóż, będziemy musieli wyprać nasze brudne ciuchy i odstawić się na wieczorowo-galowo.

Jedziemy naszymi samochodami, nie matatu – musi być klimat defilady. Na raut odrobinę się spóźniamy – z powodu korków i szukania bukietu biało-czerwonych kwiatów dla naszej Super Pani Ambasador. Które oczywiście znajdujemy.


Raut to garden party. W ogrodzie świat, jakiego nie widzieliśmy od tygodni – elegancki catering, kamerdynerzy,  dyplomaci w strojach wieczorowych, księża, dwie dystyngowane siostry – mieszkające w Kenii Panie z rodziny Sapiehów, mnóstwo ciekawych postaci i związanych z nimi historii i klimatów.


Nasze wejście przypomina przybycie ułanów pod okienko. Jest nas całkiem spora grupa, umyci i ogoleni wyglądamy chyba nienajgorzej, mundury mamy wyfasowane.


Wita nas oficjalnie Pani Ambasador wraz z zespołem z MSZ. Wchodzimy do ogrodu, bez oporów częstując się krewetkami z tac, winem w szklanych kieliszkach, no ogólnie jest full wypas.


Pani Ambasador wpisuje się na Najważniejszej Piłce GloBall, Gościom wieczoru puszczamy specjalnie zmontowany trailer naszego filmu, jest super.


Z części oficjalnej szybko robi się mniej oficjalna. Dyskusje w podgrupach rozwijają się po słowiańsku, dynamicznie, radośnie i w zaskakujących kierunkach.

Dla Pani Ambasador śpiewamy specjalny set pieśni patriotycznych i romantycznych z Jazzmanem na gitarze i Paparazzim na głównym wokalu.


Potem dzieje się jedna z wielu fajnych historii tego wieczoru - Piękna Pani (której imienia niestety nie zanotowałem, prosimy o kontakt na FM lub mailem!!!), którą szybko otacza tłumek zdziczałych nieco GloBall’istów, okazuje się być… kumpelą naszej uwielbianej powszechnie Siostry Bożenki z Kapsztadu. Chwila moment, i obie nasze ulubione, polskie Damy konwersują już przez komórkę na temat tego dość niezwykłego dla wszystkich spotkania. 8 tysięcy kilometrów dalej w Afryce – nasza historia z polskiej parafii w RPA znajduje swój dalszy ciąg.


Noc jest obfita w rozmowy, głównie po polsku. Pozdrawiamy serdecznie poznanych braci Franciszkanów, Martynę, wielkiego psa bernardyna strzegącego naszej polskiej placówki, w ogóle wszystkich których mieliśmy przyjemność poznać.

Wszystkim podróżującym przez Afrykę Polakom zalecamy, zachęcamy, sugerujemy i rekomendujemy najlepszą placówkę polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych na świecie – Ambasadę RP w Kenii!!!

Oczywiście najgorętsze podziękowania kierujemy do Pani Ambasador Anny Grupińskiej, Pani Konsul Katarzyny Jaworowskiej i Pana Aleksandra Kropiwnickiego, Radcy-Ministra. I oczywiście Ministra Radka Sikorskiego – dziękujemy raz jeszcze za zaufanie i patronat.


Dodatkowe informacje