• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Artykuły

Rzut oka na Matatu


Moim ulubionym wspomnieniem z Nairobi będą na pewno MATATU. Zresztą nie tylko moim – wszyscy jesteśmy kierowcami, więc matatu siadło każdemu z nas ;-)

Czym jest MATATU?

Na pierwszy rzut oka to zwykły mikrobus, zazwyczaj japońskiej marki – jeżdżą tu matatu produkcji Nissana, Toyoty itp.

Na drugi rzut oka MATATU okazuje się być mikrobusem dostosowanym do przewożenia dowolnej liczby osób. Wewnątrz jest 10 miejsc siedzących, ale i tak w środku zmieści się ich nawet 20.

Na trzeci rzut oka widać osobowość MATATU – każde ma swoje imię własne, jakieś osobiste motto, wezwanie, które z dumą nosi na masce. Czasem jest to „The Power of Jesus”, czasem „Mamma Africa!”, innym razem  coś w suahili. Maski matatu bywają ozdabiane, ręcznie malowane, fantazyjnie sygnowane.





Danger! Ex Matatu Driver!

Na czwarty rzut oka widać Kierowców MATATU. To jakaś oddzielna kasta, nadludzie asfaltu i władcy poboczy. Matatu Driver to odpowiednik polskiego zawadiaki a la Kmicic – na drodze zachowuje się z nieokiełznaną niczym fantazją, maksymalną brawurą i poczuciem humoru. Matatu Driver, zapytany, czy jego busik jest szybki, odpowiada z szelmowskim uśmiechem „yes, this is extremly fast”. Na pytanie, czy jest dobrym kierowcą, odpowiada bez wahania i bez fałszywej skromności „yes, I am the best driver in Nairobi”.

I rzeczywiście – ten kierowca i to konkretne matatu jest zawsze zdecydowanie najszybsze w całym Nairobi, a może i całej Kenii, bo matatu jeżdżą po absolutnie całym kraju – docierając nawet tam, gdzie nasze terenowe machiny doturlały się z maksymalnym wysiłkiem.

Gdy pędzimy w nocy przez bezdroża przed Maralal, wyprzedza nas taki jeden matatu, który zna wszystkie dziury i zasuwa tak, że nie mamy z nim szans. Bart nazywa go „Nocnym Expressem do Maralal”, i tak będzie brzmiał tytuł relacji z tamtego odcinka ;-)

Kierowcy MATATU szaleją na drogach, co wygląda tak, jakby jakiekolwiek przepisy, których i tak nikt tutaj nie przestrzega, powstały po to, by je łamać. Matatu Driver uwielbia jeździć pod prąd na wielopasmówce, jeśli może jechać po ulicy albo w rynsztoku – wybiera rynsztok. Piesi na poboczach nie znają dnia ani godziny – MATATU są wszędzie, pędząc po chodnikach czy też raczej udeptanych obrzeżach jezdni.

Na piąty rzut oka uruchamia się ucho. Matatu gdy jadą, cały czas trąbią. Jako że są ich setki i tysiące, generują na ulicy potworny harmider. Na początku myślałem, że trąbienie matatu to tylko i wyłącznie emocje i ego kierowców. Po kilku dniach walki z matatu w piekielnym ruchu miejskim Nairobi, (my jeździmy tutaj własnymi samochodami!), zaczynamy jednak rozumieć język klaksonów matatu. Ta z pozoru chaotyczna symfonia trąbnięć, ten cały uliczny cyrk – to wszystko ma sens! Jedno krótkie trąbnięcie oznacza… ok., nie wiem, co tak naprawdę oznacza. Nie dałem rady tego ogarnąć, a wypytać kierowców matatu nie zdążyłem.

W każdym razie – każde trąbnięcie oznacza coś innego i to coś bardzo konkretnego. Kiedy matatu zamierza jednym szarpnięciem skoczyć w lewo i wyprzedzić twoje auto poboczem – ostrzega klaksonem numer, dajmy na to, siedem. Gdy matatu gwałtownie hamuje, by wypluć na zewnątrz jednego czy szesnastu pasażerów, ryczy trąbieniem numer trzy. Jeśli matatu wbija się bezczelnie przed Twój samochód, nie mając do tego najmniejszego prawa, obtrąbi cię hałasem numer pięć. Każdy manewr ma swój sygnał i to porządkuje na swój sposób korki Nairobi. Oczywiście jest to porządek tutejszy,absolutnie pozorny.

Bo na szósty rzut oka, to właśnie MATATU tworzą cały ruch miejski Nairobi. Myślę, że to one tworzą również Genius Loci tego miasta. Matatu są wszędzie, o każdej porze dnia i nocy wożąc ludzi do domu, pracy, gdziekolwiek.

Dla nas matatu są wyzwaniem, zabawą i treningiem refleksu i asertywności. Nasze opancerzone stalowymi zderzakami i osprzętem auta świetnie nadają się do tej rywalizacji. Z zapałem trąbimy więcej i głośniej niż same matatu – wchodzimy w tę grę z przyjemnością i uśmiechami. Trąbimy, pchamy się, zajeżdżamy drogę, atakujemy zderzakami, nie ustępujemy. Kierowcy matatu śmieją się do nas radośnie, wreszcie na drodze jacyś „muzungu” z jajami. Chwilami kolumna toruje sobie drogę swoim autorytetem – 5 oznakowanych jednakowo aut niesamowicie skutecznie działa tu i na policjantów, i na prawie wszystkich samochodziarzy. Czasami udaje nam się wygrywać drogowe pojedynki w bezpośrednich starciachi wtedy nikt się na nas nie wkurza, widzimy tylko uśmiechy i uniesione w górę kciuki – OK, umiecie grać z nami w tę grę ;-)

Matatu dzięki swej niezwykłej, drogowej choreografii, omijają całkiem sprawnie wszechobecne korki – jednocześnie je tworząc. Na czubku każdego zatoru drogowego widzimy dziesiątki wpychających się bez litości matatu. Reszta stoi i bezradnie prawie-nie-jedzie.

Gdyby nie matatu, nie byłoby korków, gdyby nie korki, nie byłoby matatu. Gdyby nie matatu, nie byłoby Nairobi, ruchliwego, spontanicznego miasta, które jest „of course the best” i „extremely fast” ;-)


Uwaga! Jako że tekst powstawał w różnych miejscach trasy, to choć odnosi się do Nairobi, dotyczy prawie całej Afryki w której jeżdżą Matatu. Na zdjęciach występują Matatu i motywy z Kenii i Etiopii.


Dodatkowe informacje