• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Artykuły

Nocny express do Maralal

12 lutego 2012, wcześnie rano  wyruszamy z równika do Maralal. To ostatnie miasteczko na szlaku, w którym można zaopatrzyć się w wodę, paliwo i cokolwiek na ponad 1000 kilometrów trasy zaplanowanej po wielkich odludziach i bezdrożach.


Następuje pierwszy podział kolumny na dwa zespoły. „Disco” i „Pagoda” pojadą pod Mount Kenya, by w małej wiosce u jej podnóża podziękować za pomoc udzieloną nam w Nairobi przez Jane Ndirangu z KENWA. Nie zdążyliśmy tego zrobić przed wyjazdem, a tak się złożyło, że teraz damy radę odwiedzić Jane w jej domu rodzinnym, do którego zawitała na weekend.

Pomoc, jakiej udzieliła nam KENWA (Kenya Network of Women with Aids), to był kawał dobrej roboty. Postanawiamy zrewanżować się i podejmujemy decyzję o przekazaniu na rzecz organizacji Jane jednego netbooka ACER. To najcenniejsza rzecz, jaką możemy dać. Wiemy, że się przyda – będą na nim prowadzone bazy danych dzieci, którymi opiekuje się KENWA, a rodzin, które uczestniczą w programie jest ponad 1000!

Tak więc jeden zespół wyrusza okrężną drogą z misją pod Mount Kenya, a druga ekipa z trzema samochodami ma za zadanie przeprowadzić niezbędne naprawy i na skróty udać się w kierunku Maralal.


Ekipa Mount Kenya po drodze… 7 razy przekracza równik. Wynik jest imponujący, niewielu podróżników ma na koncie taką liczbę „przekroczeń” przez całe życie. My zaliczamy je niechcący – po prostu jedziemy wzdłuż równika i co zakręt, raz jesteśmy po jego północnej, a drugi po południowej stronie. Ot, taka ciekawostka.

Gdy  przyjeżdżamy do Jane, zaczyna padać deszcz, a Mount Kenya w ogóle nie widać. Mieszkańcy z deszczu się cieszą, bardzo dawno nie padało, choć my trochę żałujemy widoku góry, mówi się trudno. W zamian Jane częstuje nas cudowną informacją, że Goście, którzy przywożą w te okolice deszcz, są błogosławieni.

Gramy tu mecz z dziećmi - w King’ong’o pada wynik 3:3.

Po meczu i całej operacji z KENWA, pędzimy dalej, bo długa droga daleka przed nami. Mamy do nadrobienia chyba z 6 godzin jazdy. Pędzimy przez sawannę pełną zebr, ale czuć, że daleko nie zajedziemy. Po zapadnięciu zmroku mamy ciągle daleko do celu i nie mamy żadnych informacji od drugiej grupy… No, to teraz się będziemy po nocy szukali w Afryce… Pięknie…

Przed zmrokiem żegnamy się z sawanną przepyszną tęczą, efektownie kończącą z dawna oczekiwany deszcz.

Po drodze oprócz zwierząt, dziur, pyłu i remontów nawierzchni, cokolwiek nazwalibyśmy tym słowem, zdarzają się również nowości – należą do nich wielkie płoty pod napięciem. Przejazdy to bramy, z których zwisają luźne przewody z prądem, które smagają karoserie samochodów. Ich zadaniem jest zatrzymanie dzikich zwierząt, bo jedziemy przez tereny parków narodowych i terenów chronionych.

Zasuwamy na tyle szybko, by było bezpiecznie, szukając kontaktu radiowego z drugim zespołem. Jest taki magiczny moment, gdy pędzimy naprawdę ostro do przodu, teren jest trudny, droga totalnie dziurawa, ciemno choć oko wykol, do tego pył i kurz… a nas wyprzedza bez wysiłku prawą stroną… matatu…

Niesamowite. To zwykły, przeładowany busik miejski rodem z Japonii, a nie wyczynowiec z rajdu Paryż-Dakar. Ale jego kierowca jest szalony, świetnie zna drogę, a całość napędza duch MATATU. Bierze nas z gracją, a Bart nazywa go przez radio Nocnym Expressem do Maral. Stąd tytuł tej części kroniki:)


Dodatkowe informacje