• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Artykuły

Samburu


Samburu to lokalni, bliscy krewni Masajów. Nomadzi, pasterze i wojownicy. Dumni, wysocy, szczupli, bez kompleksów.

Nocleg negocjujemy z wioską położoną na pięknym wzgórzu. Tutaj musimy zapłacić – nomadzi są twardzi i nie cackają się z uśmiechniętymi przymilnie turystami. To ich ziemia, trzeba zapłacić za bilet.


Bardzo szybko jednak udaje się przełamać lody. W naszym obozie gościmy wielu Samburu. Śpimy w Ledero Village (Maralal District, Samburu County). Nasi rozmówcy to Saruni Solomon, James Lelemoyog i Lesimale James.

I nasz strażnik – Talip Lekamario, mężczyzna Samburu, dumny mąż jedynej żony, ojciec ośmiorga dzieci i właściciel pięćdziesięciu krów.

W sumie dość zamożny facet. Jedna krowa kosztuje 20-25 tys. kenijskich szylingów, czyli ok. 300 $. W tych warunkach posiadanie majątku w pełni ruchomego o wartości 50 tysięcy złotych to niemała fortuna.

Talip jest super. Mówi po angielsku, jest bardzo otwartym facetem i wie wszystko o swoim plemieniu – a to właśnie szczególnie nas interesuje. Talip wyjaśnia nam, jak działa struktura plemienia, jak wygląda hierarchia i zwyczaje, które, choć wokół pełno zmian, wciąż są przestrzegane.

Nasz rozmówca jest dumnym zabójcą lwa, którego zabił włócznią w 1984 roku, chroniąc przed nim stado krów. Widzieliśmy tu wiele lwów z bliska, bez krat ogrodu zoologicznego, w ich królestwie. Lew to potężny drapieżnik, wielki, silny, zwinny i bezlitosny. 300 kilogramów mięśni, ostrych jak brzytwy pazurów i wielkich kłów kontra 70 kilogramów człowieka, odzianego w koc, pozbawionego jakiejkolwiek osłony…

Respekt, jaki budzi Talip Lekamario, człowiek, który zabił lwa za pomocą patyka zakończonego kawałkiem stali, jest nieudawany i poważny.

Samburu are NOMADIC

„We are Nomadic” – to zdanie otwiera całą naszą rozmowę o plemieniu, jest wypowiedziane pewnym, spokojnym i pełnym dumy tonem. Samburu to nomadzi, to Masajowie tej części świata. Dla nas równie wojowniczy, stanowczy i pełni godności, jak ich bracia z południa, ale jednocześnie bardziej otwarci, milsi, sympatyczni sympatyczni, szybciej nawiązujący kontakt. Łatwo znajdujemy wspólny język. Noc mija na rozmowach, a rano już wiemy, że my też jesteśmy w duszy Samburu, ponieważ...

We are NOMADIC

Wychodzi na to, że bardzo dobrze dogadujemy się z dumnymi i charakternymi plemionami koczowniczymi. Pasterze-wojownicy to nasi partnerzy, lubimy się z nimi posprzeczać, posiłować, a na końcu – zrozumieć. Dotychczas takie relacje powstały między GloBall i Masajami oraz Samburu – nie przypadkiem.

Samburu używają tego samego języka co Masajowie, plemiona rozdzieliły się raptem jakieś 300 lat temu – przynajmniej tak twierdzi Talip. Po wielu wspólnych rozmowach  dochodzimy razem do prostego wniosku. My też jesteśmy w głębi serca, a teraz i w praktyce, „NOMADIC”. Dlatego jazda wciąż do przodu, nieważne jak daleko, to nasz żywioł. Tutaj czujemy jakąś wewnętrzną dumę z tego, że „we are nomadic”.

Dla kogoś z daleka może to być dziwne, że pasterze krów mogą z taką powagą mówić o swoim przemieszczaniu się jako o sposobie na życie, poezji tego życia i przewadze jaką daje im to nad innymi. Pasterze-wojownicy Samburu i Masajowie nie są w stanie traktować serio plemion, które hodują rośliny i prowadzą całkowicie osiadły tryb życia.

To ciekawe, bo tuż obok żyją zupełnie inni ludzie. Przepiękne, surowe wioski i chatynki, które mijamy po drodze, to często cały świat i całe życie mieszkających w nich, osiadłych Kikuju czy El Molo. Ci ludzie często przez całe życie nie oddalają się od domu na więcej niż parę kilometrów. A Samburu i Masajowie wciąż chodzą, przemierzają swoje rozległe krainy czystego Piękna, Natury Wcielonej.

Pasterze samochodów, wojownicy piłki GloBall, przemierzają największą z tych krain – Afrykę. We are Nomadic, too. Nie rozumiemy już do końca ludzi, osiadłych w swoich betonowych miastach i czasami ruszających na urlop do Zakopanego czy Władysławowa. Ciężko nam będzie wrócić do polskiej rzeczywistości ;-)

Nasze zardzewiałe, pogniecione, zakurzone i pospawane wierzchowce są dla nas tym samym, czym krowy dla Samburu. Domami na kołach, kuchniami, obiektami kultu, całym życiem, majątkiem. Nasze samochody – stare, zużyte, stworzone po to, by pokonywać granice i przemierzać świat. Nareszcie naprawdę to robią. A my wraz z nimi, spełnieni, zaangażowani i przekonani, że mamy rację, robiąc to, co robimy. Jak Samburu, którzy wiedzą, że prowadzą dobre życie.


***

Ledero

Oj, co to się dzieje nad ranem! Wokół naszych samochodów organizuje się spontaniczne targowisko, na którym zamieniamy się z Samburu na różne przedmioty i wspieramy PKB plemienia. Bolo otrzymuje najbardziej zaawansowaną propozycję handlową -  narzeczoną za 10 krów. Mary jest ładną, zgrabną i młodą dziewczyną Samburu – panną na wydaniu. Bolo najwyraźniej przypadł do gustu radzie starszych, więc nie musi tak jak reszta zastanawiać się nad zakupem włóczni czy taboretu – tutaj mamy do czynienia z transakcją większego kalibru. Na szczęście dla Mary i rodziny Bola w Polsce – Bolo nie ma przy sobie dziesięciu krów i do zawarcia umowy dojść nie może. Mary nieco zasmucona pozostaje na wzgórzach, żegnając kolumnę GloBall odjeżdżającą z jej niedoszłym mężem…

Na naszym GloBall-Samburu Market jest wesoło, dzieje się mnóstwo interakcji. Są wspólne śpiewy, tańce i wymiany poglądów.

Piłka nożna tym razem w dalekim tle – wszystkich bezpośrednio interesuje „cross cultural communication”, które działa również bez niej. Nomadom piłka nie wydaje się tak ważna jak reszcie świata, choć i tu członkowie plemienia dzielą się na fanów Manchester United i Chelsea albo Arsenalu i Barcelony. Jak dotąd w całej Afryce.

W wiosce Talipa Lekamario żyje 1700 osób dorosłych, nie licząc dzieci. Dzieci liczy się tu od pewnego momentu, wcześniej, dopóki nie osiągną wieku powyżej 6 lat, mają jakiś nie do końca określony status społeczny.

To spora wioska, choć jej nie widać – domy są położone daleko od siebie. Teren, który należy do Samburu z wioski Ledero, jest ogromny. Talip wyjaśnia to prosto – zakreśla ręką cały horyzont dookoła i mówi, że to wszystko jest ich. A widzimy stąd sporo, bo jesteśmy na szczycie góry z widokiem wartym pewnie niejeden milion dolarów.

W Ledero Village jest 170 wojowników. W wiosce ok. 10% mężczyzn to pasowani rycerze – zawodowi wojownicy, którzy nie muszą pracować. Ich zadaniem jest trenować sztuki walki, chronić społeczność przed wrogiem zewnętrznym, czy to ludzkim, czy zwierzęcym. Dawniej armia Samburu była formacją ofensywną. Zajmowała się najeżdżaniem sąsiednich plemion w celu zaboru kobiet i krów. Dziś czasy nastały spokojniejsze i raczej skupia się na defensywie.

Żołnierze to najbardziej wystrojeni ludzie w społeczności, oczywiście obficie wyposażeni w broń białą i na pierwszy rzut oka – nieustraszeni.

Reszta plemienia zajmuje się wypasem stad, gospodarstwami, pracami domowymi i usługami, których nie ma tu w nadmiarze – nie ma potrzeby komplikować sobie życia. Samburu nie biorą kredytów w bankach, więc nie muszą nic oddawać i nie mają z tego powodu żadnych stresów. Samburu nie pracują na etacie, więc nie muszą się nigdzie spieszyć. Samburu wiodą życie proste, pracowite i po prostu piękne – bo spędzają je na najpiękniejszej sawannie pod słońcem. W Polsce słusznie nazywamy to, co robią przez całe życie Samburu jednym, celnym słowem:
„WYPAS”.

Miasteczko Maralal

Maralal jest miasteczkiem na końcu świata. Zaludniają je głównie ludzie Samburu i Turkana. Nie spotkaliśmy dotąd żadnego Pokoti, których tutaj nikt nie lubi – miejscowi ciągle toczą z nimi wojny o bydło. Na pewno Pokoti też są bardzo fajnymi ludźmi, którzy uważają, że tymi złymi są Samburu i Turkana. W Afryce to norma, takie wzajemne, międzyplemienne oceny.

Tutaj kończy się cywilizowana Kenia – dalej nie jeżdżą nawet matatu. Dojeżdżamy do Maralal z pustymi bakami, kanistrami, skrzynkami kuchennymi i baniakami na wodę. Według naszego planu, tutaj mamy się zatankować po uszy, zaprowiantować i nastawić na jakieś 7 dni bez szans na takie luksusy, jak woda czy zaopatrzenie.

Nasz plan ma jedną wadę. Nie uwzględniliśmy niezbitego faktu, że Afryka, podobnie jak cała reszta świata, jest sprytna i w tym sprycie – bezwzględna. Jeśli w Afryce jest coś, na co masz ochotę, a to coś Afryka ma na stanie – to Afryka na pewno to odpowiednio wyceni. Tym sposobem Masajowie w Tanzanii wyceniają swoją obecność na własnej ziemi – specjalnie dla turysty – na odpowiednie setki dolarów. W Maralal z cenami jest też tak, jak trzeba. Maralal ma monopol na wszystko – na wodę, jedzenie, piwo, paliwo, papierosy, mleko. Maralal nie ma konkurencji – jest jedynym i ostatecznie ostatnim miasteczkiem na szlaku.

W związku z tym w Maralal wszystko kosztuje dwa razy więcej, niż w innych miejscach w Kenii. Próbujemy negocjować, co daje niewielkie rezultaty. W rezultacie robimy najdroższe jak dotąd zakupy, ale nie ma wyjścia. Wykupujemy zresztą większość towarów z jakichś dwudziestu sklepów. Spłukujemy się z resztek kenijskich pieniędzy z uśmiechem – przed nami ponoć jedna z najciekawszych dróg w Afryce…

Z dwugodzinnym opóźnieniem kończymy aprowizację, zbieramy się wszyscy na stacji benzynowej, rzewnie żegnamy się z niedoszłą narzeczoną Bola, która w koszulce GloBall zjechała do Maralal by pomachać nam na pożegnanie ;-)

W ostatniej chwili Antonio mówi do mnie, że na stacji benzynowej jest autostopowiczka nad jezioro Turkana. Chwilę z nią rozmawiam, nasze samochody właściwie już jadą, ale coś mówi mi, że nie ma opcji, byśmy nie zabrali jej ze sobą. Tak zaczyna się na poważnie nasz afrykański autostop. Tutaj, gdy weźmiesz kogoś „na podwiezienie”, musisz liczyć się ze wspólną, często parodniową przygodą. I tak właśnie poznajemy… Rose.




Dodatkowe informacje