• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Zagłada GloBall?


W Addis Abebie, po refleksji nad pochodzeniem całej ludzkości, musimy się zastanowić  nad przyszłością jej fragmentu, zwanego GloBall. Po 2 miesiącach ciężkiej pracy, przeprawie przez pół Afryki, zagraniu wielu meczów auta i ludzie są zmęczeni.  Mamy parę wewnętrznych problemów do rozwiązania.

Oto krótka lista tego, co dzieje się z dużym zespołem w takich warunkach:

- w związku z napiętym planem podróży - brak zaplanowanych dni serwisowych – więc wszystko się psuje;

- w związku z napiętym planem podróży  - brak dni wolnych – wszyscy jesteśmy zmęczeni;

- proporcje pomiędzy SOCIAL i TRAVELLING – po pierwsze GloBall, po drugie „ja” – czasem trudno to pogodzić

- syndrom łodzi podwodnej - zamknięcie w rozgrzanej i roztrzęsionej puszce – jesteśmy skazani na siebie non stop. Zaczynają tworzyć się różne napięcia. Niektóre bardzo poważne, inne błahe  i razem chwilami generują ciśnienie zbyt wielu złych atmosfer.

- ogólne wykończenie organizmu – stresy, biegunki, wysokie temperatury, choroby, pchły, apatie, antypatie, co tylko chcecie

Zwołujemy więc…

Zebranie

A na nim, po dyskusji, uchwalamy 4 dni urlopu  od GloBall, od filmu, od pisania, od grania w nogę i w ogóle. No po prostu CZAS WOLNY. W dodatku każdy może robić co chce, gdzie chce i z kim chce, czyli rozpuszczamy kolumnę, by od siebie nawzajem odpocząć. Ustalamy, że spotkanie po wakacjach odbędzie w mieście Gonder za 4 dni. Ciekawy eksperyment.


Ma kilka celów:
- odsapnąć od dyscypliny, grupy, obowiązków;

- rozwiązać kilka konfliktów personalnych;

- naprawić samochody;

- dać sobie szansę na indywidualne doświadczanie Etiopii, poznanie jej według własnych upodobań i zainteresowań;

- wyważyć ponownie proporcje pomiędzy „Social” a „Travelling”;

- sprawdzić, jak nam się jedzie w mniejszych grupach i jak się z tym czujemy.

Duża grupa zaczęła nam bowiem ciążyć. Różne charaktery, niemożność zapanowania nad punktualnością i mobilnością całej kolumny, różne zaangażowanie w realizację misji GloBall, kryzysy… Czyli wszystko zgodnie z przewidywaniami naszych konsultantów przed wyjazdem ;-)

A zatem URLOP!

Tym razem nie będziemy trzymać Was w niepewności. Jak się skończył? Podsumujemy go od razu, bo potem ciężko będzie sobie przypomnieć, po co ów urlop został wymyślony. Na pewno złapaliśmy konieczny dystans do siebie i do zadania, jakie przed sobą postawiliśmy. Każdy coś sobie przemyślał. Ale nie wszystko poszło, jak miało pójść. Co poszło nie tak?

Przede wszystkim nie udało nam się spotkać w ustalonym terminie. Pododdział złożony z „Trupka” i „Bolowozu” spóźnił się na miejsce zbiórki… całe 2 dni. To wywołało domino zdarzeń i skończyło się ponownym zebraniem całej kolumny dopiero w Sudanie.

Poza Antkiem, wszyscy wybrali forsowną trasę przez góry do Lalibeli, Mekele, Aksum i gór Siemen. Ambitna, trudna trasa uniemożliwiła naprawy samochodów i wypoczynek, ale dała mnóstwo przeżyć. Warto było. Antek wybrał los back-pack’era i pojechał autobusem do Gonder, by zasmakować miejskiego życia w Etiopii.

W naturalny sposób, po odreagowaniu stresów, na dalszej trasie połączyły się w jeden zespół team’y „Gucia”, „Pagody” i „Disco”. Dalej pojechaliśmy razem w harmonii i zgodzie, po drodze zakopując parę toporów wojennych.

Dyskusja o tym, jak dalej zarządzać kolumną GloBall trwa dalej. Nie jesteśmy pewni, czy misję powinien kontynuować cały zespół i czy powinno to się dziać tak, jak dotąd. Ale z GloBall jest tak, jak z demokracją. Niby zły system, ale lepszego nikt nie wymyślił… Jedziemy więc dalej razem, szukając ewentualnego rozwiązania, czegoś w rodzaju Demokratora ;-)



Ważne post scriptum:

odcinek „Zagłada GloBall?” odbywa się w kolejnym super miejscu. Śpimy u Wima, którego widzicie
na zdjęciu.

Wim to wspaniały człowiek. Tu, w Addis, prowadzi kultowy camp dla Globtrotterów,  który możemy teraz wszystkim polecić. Jeśli spanie w Addis, to albo w lokalnych tanich hotelikach (też bomba) albo koniecznie w Wim’s Holland House! Wszystko tu znajdziecie, w tym to, co najważniejsze – atmosferę i dobre towarzystwo.

U Wima spotkaliśmy się ponownie z naszymi znajomymi. Po raz drugi z francuską rodziną i z zespołem z Portugalii – ekipą „Not too late trip”. To wymowny dowód na to, że u Wima jest super, bo nasi przyjaciele to afrykańska elita podróżnicza, byle gdzie się nie zatrzymują.
Próbowaliśmy wyniuchać również duszę Wim’s Holland House. Wiadomo, że takie miejsca tworzą ludzie. A Wim jest kimś wyjątkowym, zwłaszcza dla nas Polaków. Okazało się, że Wim, zapalony miłośnik ciężarówek, ponad 30 lat temu zorganizował ogromny konwój z pomocą humanitarną dla ogarniętej stanem wojennym Polski. W 1981 roku zebrał w Holandii 130 wielkich ciężarówek żywności i ubrań, które gigantyczną kolumną dotarły do naszego kraju, przywożąc nie tylko tak potrzebne wówczas u nas towary, lecz przede wszystkim otuchę, wsparcie, dobre słowo.

Wim rozumie również nasze pobudki i misji GloBall w ogóle nie trzeba mu tłumaczyć. Oglądamy stare taśmy VHS z 1981 roku. Tak sobie myślimy, że fajnie jest zrobić coś dla kogoś i móc opowiedzieć o tym wnukom.




Dodatkowe informacje