• 1
  • 2
  • 3
  • 5
  • 6
  • 7
  • 9

Artykuły

Come Back

Do domu coraz bliżej. W powietrzu unosi się atmosfera powrotu. Przyspieszamy… Ale przed nami jeszcze ponad 2 500 kilometrów drogi, ostatnie zaplanowane ujęcia Wielkiej Piłki, zdjęcia piłki GloBall, mecz i przejazd z Azji do Europy.  Potem długo oczekiwany powrót do domu.

Dzień po lądowaniu jesteśmy w Kapadocji. Jest zachwycająco, tak jak wszyscy nam opowiadali. W tych pięknych okolicznościach przyrody, dokonujemy niepowtarzalnego zrzutu Wielkiej Piłki, która majestatycznie odbija się od skał, rejestrowana przez 4 kamery. Ujęcie to dołączy do zdjęć, które kręciliśmy w RPA i Namibii.

Istambuł

Tu kończy się Azja i zaczyna Europa. Granica, którą przekraczamy, jest monumentalna. Międzykontynentalna. Robimy piłce zdjęcie z mostem, łączącym Azję z Europą i … wkraczamy. Jesteśmy już w domu. Unia Europejska co prawda dopiero za chwilę, ale Europa już tu jest. Choć bardzo nam spieszno, nie możemy tak po prostu przejechać przez Istambuł, jedno z najwspanialszych miast na świecie. Piękne, wielkie, z historią, o której można przeczytać tony książek. Istambuł Orhana Pamuka, miasto nostalgii i marzeń, najbardziej strategicznie położona stolica świata. O niezwykłości dawnego Konstantynopola, decyduje właśnie to położenie. Bosfor, cieśnina łącząca morze Czarne ze Śródziemnym, jedyny morski korytarz spajający te części świata. Krzyżuje się z nim jedyna tu przejezdna droga lądowa między  Azją i Europą. Ten, kto mieszka na tym skrzyżowaniu jest bogaty, ważny i dużo może.

Czuć to w tym mieście. Przez jego centrum płyną statki pasażerskie, handlowe, okręty wojenne, a nad nimi przelewają się po kilku wielkich mostach rzeki samochodów.

Wrażenie robi dynamicznie rozwijająca się turecka gospodarka. Potężne, trójpasmowe autostrady pokazują wyraźnie, że czasy wahania dawno się skończyły. Turcja nie potrzebuje już Unii Europejskiej. Może to Unia za chwilę będzie potrzebować Turcji? Tak przynajmniej można sądzić, porównując nasze wrażenia z przejazdu przez ten kraj do terenów tuż za granicą Unii. Jakże inna jest ta nasza bałkańska Europa…

Zanim wyjedziemy ze Stambułu, musimy jednak choćby przez chwilę poczuć zapach i klimat tego miasta. Nasze auta, jak konne hordy tureckie, wpadają na ulice starego miasta i plądrują, co się da. Oczywiście wyłącznie w zakresie wrażeń J. Nie mamy czasu na zwiedzanie całego miasta, ale mamy czas na wizytę w Haghia Sophia.

Kto był, ten wie. Wspaniała bazylika. Dziś nie jest już świątynią ani dla jej twórców chrześcijan, ani dla jej zdobywców muzułmanów. Możemy więc zrobić tu zdjęcie naszej piłki, nikogo nie urażając.

Owcze sery i paprykowe wyżery

Pędzimy przez Europę. Strasznie jest ciasno na tym naszym kontynencie. Kraje są naprawdę kieszonkowe. W Afryce jechaliśmy przez Tanzanię czy Kenię tygodniami, tu wystarczają… godziny. Tak mijamy Bułgarię i zatrzymujemy się w Serbii. To świetny kraj!

Mamy w planie krótką wizytę u znajomych Serbów, zajmujących się hodowlą owiec i produkcją serów. Wszystkie są przepyszne, a najlepsze dawno nie widziane zsiadłe, owcze mleko. Zarówno twarogi, jak i twarde sery znikają ze stołu w piorunującym tempie, bo oddziały GloBall były już bardzo  spragnione rodzimych smaków ;-)

Przebojem jest pasta paprykowa w słojach - ajwar, którą dodaje się do serów – smak wart każdych pieniędzy. Robimy tu ostatnie zapasy żywnościowe na końcowy odcinek trasy i pędzimy, bo czeka na nas…

Zielona Moc

Ostatni nocleg w trasie wypada nam nad Dunajem. Na brzegu rzeki płonie ognisko, odświętnie się przy nim zbieramy i po raz ostatni podsumowujemy wspólną przygodę. To wiele prywatnych historii, podziękowań i zwierzeń w gronie otrzaskanej w wielu bojach ekipy. Były śmiechy, chichoty, wzniosłe przemówienia, patetyczne podsumowania, a nawet prawdziwe łzy. Chłopaki, to była Zielona Moc. I nie żałujemy, że nie mamy z tego wieczoru żadnych zdjęć. Grającego na gitarze Demokratora będziemy mieli we wspomnieniach :-)

Ostatni Mecz

Gramy go na boisku w serbskiej miejscowości Crvena Reka. Wjeżdżamy samochodami akurat tutaj, bo z drogi było widać fajne miejsce. Koło bramki spotykamy dwie roześmiane dziewczyny, które natychmiast ściągają posiłki z okolicy.

Zapowiada się poważne spotkanie. Nasi przeciwnicy to młodzież w wieku od 8 do 15 lat. Ambitnie podchodzą do rozgrywki. Spojrzenia poważne, rzekłbym zawzięte, choć twarz uśmiechnięta… Grają z nami w składzie: Ada, Petar, Stefan, Nikola, Andela, Dijana, Stevica, Milica, Dejan i Denis. A my czekamy na nich wzmocnieni Błażejem, autostopowiczem z Polski, który stopuje auta już… 7 miesięcy i w tym czasie był m.in. w Turkmenistanie, Iranie, Indiach, Australii i Kambodży. Między innymi! Błażej na focie po prawej stronie (Błażej – odezwij się, bo nie mamy do Ciebie maila!!!).

W zespole serbskim same fantastyczne osobowości i wyraźnie widoczne w stylu gry charaktery. Serbia może być dumna z tej ekipy. Świetny technicznie, bojowy i zdecydowany Nikola, którego huraganowe ataki i mistrzowskie strzały, wprowadzały popłoch w defensywie polskiej drużyny i zdewastowały bramkę wraz z bramkarzem.

Dzielna Ada, która wraz z ekipą koleżanek najlepiej na całej trasie pokazały, że girls can play football. Kurcze, niesamowite są te różnice między krajami. Ekipa serbska wygląda jak paczka z filmu „Stawiam na Tolka Banana”. To zgrana, zaradna ferajna w trampkach. Chłopaki i dziewczyny w zespole mają takie same prawa i nie trzeba pytać ich o równouprawnienie. Ono tu po prostu jest, a pozycja w zespole zależy wyłącznie od talentów i ambicji każdej z osób. Ada gra z Nikolą w ataku, szarżuje walecznie, lekceważąc miażdżącą przewagę wroga w zakresie masy ciała.

Serbski zespół jest szybki i bardzo bitny. Błyskawicznie wbija nam 4 gole, a my nie radzimy sobie z kontrami. Na bramce dwoi się i troi kolejna serbska dziewczyna – Milica. Świetnie przechwytuje nasze kolejne strzały i ostatecznie schodzimy z boiska pokonani, ale bardzo szczęśliwi. Jak zwykle przypadkiem, spontanicznie rozegrany mecz, okazuje się wspaniałym wydarzeniem. SZKOOOOOODAAA, że ostatnim…

Na szczęście przebojowa Ada zna świetnie angielski.

Na początku meczu zagaiłem przyjacielsko - „you speak English very well”. Zamiast sztampowego i skromnego „thank you”, zobaczyłem oczy, w których czaiło się wyzwanie i usłyszałem „yes, I know!”. Ada walczyła dzielnie przez cały mecz na boisku, a po ostatnim gwizdku zajęła się zgłębianiem idei GloBall i wyjaśnianiem jej pozostałym. Zasypała nas przy samochodach serią dociekliwych pytań: kim jesteśmy, co tu robimy itd. Szybko zrozumiała o co chodzi i przetłumaczyła kolegom najważniejsze kwestie. Razem wpisaliśmy na mapie na drzwiach auta wynik meczu (kurcze, to już ostatni wpis na tę kultową mapę…)… Co tam – popatrzcie na to zdjęcie jeszcze raz:

Te mecze to skondensowane GloBall. Nasza duma i chwała drużyn, które z nami zagrały. I w większości wygrały :] Jeśli ktoś kiedykolwiek nas spyta, czy warto było, odpowiemy mu, że tak, jak jeszcze nigdy w życiu! Ostatni wpis zatem to:

Crvena Reka, Serbija. Dzieciaki-charakterniaki, gratulujemy zwycięstwa, dziękujemy Wam za świetny mecz i wspaniałe przeżycie. Ostatni mecz GloBall… Chlip, chlip…

Droga do domu

…jest… jakaś trochę smutna. Wszystkim nam jest żal, że kończy się już Wielka Przygoda. Było niesamowicie, wspaniale, choć często trudno i ze zgrzytami. Ale wszyscy przecież wiedzieliśmy, na co się porywamy. Ludzie bardziej od nas doświadczeni przestrzegali nas przed planowanym tempem jazdy kolumny, przed jej liczebnością, przed nieuchronnymi problemami personalnymi w zespole, przed technicznymi, granicznymi i cywilizacyjnymi wyzwaniami, jakie nas po drodze dopadną i złomoczą. Ale jakoś specjalnie nas to wszystko nie złomotało ;-)

Jedziemy teraz do Polski. Jak na skrzydłach, bo gna nas tęsknota i poczucie zbliżającego się finału. Jest coraz bliżej… Europa to nie Afryka. W ciągu jednego zaledwie przejazdu pokonujemy Serbię, Węgry, Słowację i zbliżamy się do Polski. Kurcze, cztery kraje w jeden dzień? Zaiste, żyjemy w ciasnej dość rzeczywistości. Będziemy tęsknić za przestrzeniami Afryki. Oj, niełatwo nam będzie odnaleźć się teraz w maleńkim Krakowie, w tej Małopolsce wielkości afrykańskiej dolinki, w tej naszej kochanej Polsce, która zmieściłaby się cała nad jednym afrykańskim jeziorem. Kraj coraz bliżej,  pojawiają się pierwsze eksportowe ikony polskiej kultury masowej. Ciśnienie powrotowe rośnie...

W nocy pędzimy krętymi, górskimi drogami przez słowackie Tatry. Tu nie ma już żadnych granic. Dom jest na wyciągnięcie ręki. Umówiliśmy się z przyjaciółmi i rodzinami na krakowskim Rynku Głównym o 9, w sobotni poranek. Nie wiemy, czy przyjdą. Zaczyna się długi weekend i pora jest bandycka :] Nie mamy oczywiście żadnych pozwoleń, papierów upoważniających do wjazdu. Ale co tam, przecież nikt jeszcze nas nie zatrzymał i nikt nie dał nam mandatu, mimo setek dogodnych do tego okazji.

Tempo jazdy pod koniec było tak duże, jechało się tak sprawnie, że jakoś nie mogliśmy się zatrzymać. Nie robiliśmy po ciemku zdjęć.

Około pierwszej w nocy reflektory na pustej drodze wyłuskują z ciemności tablicę z napisem Polska. Wpadamy w nieoczekiwaną euforię. Ryczą wszystkie klaksony i syreny. Jak dzieci cieszymy się z mijanych napisów „Pierogi”, „Dywany i akcesoria”, „Serwis kosiarek” i „Noclegi - wolne pokoje”.

Szukamy stacji benzynowej, by zjeść wymarzonego hot doga. Niestety, o tej porze znalezienie 7 gorących hot dogów na raz okazuje się niemożliwe :-). I tak szukając ciepłej parówki niechcący dojeżdżamy około 3 nad ranem do… Krakowa.  Hmm, cóż robić… Rozbijamy ostatni nocleg w Forcie Bodzów, z uśpionym Krakowem u naszych stóp. Poczekamy tu do rana, by na pewno nie spóźnić się na 9 z wjazdem pod kościół Mariacki.

Siedzimy na naszych afrykańskich krzesełkach i w milczeniu gapimy się na miasto. Jest cichutkie, zupełnie inne niż egzotyczne metropolie, które odwiedzaliśmy.

Siedzimy w tej ciszy. Demokrator śpi. Długo nikt nic nie mówi. Tym razem jest jakoś tak melancholijnie…

…aż do świtu. Wstajemy, myjemy się starannie by podkreślić odświętny charakter ostatniego przejazdu GloBall. Wszyscy chyba czują specyficzne napięcie. Ruszamy. Po chwili jesteśmy już na Starym Mieście, wjeżdżamy od Poczty Głównej w Sienną,  św. Krzyża, skręcamy w św. Tomasza, już jest Szpitalna, trąbimy, rozwijamy wielką, biało-czerwoną flagę… Parę metrów po bruku, jest Mały Rynek, Mikołajska…

…widać mały tłumek ludzi koło Sukiennic, z transparentem, psami, dziećmi… to nasi! W Disco uruchamiamy syrenę okrętową, wyje buczek z łodzi podwodnej, flaga łopocze, auta stają… Wypadamy z aut, każdy szuka swoich najbliższych, dziecka, żony, dziewczyny, przyjaciół… Są! Przyszli!!! Objęcia, emocje niesamowite, po czterech miesiącach tego wszystkiego, co za nami. Te pocałunki, ręce na szyi, szczekające radośnie psy… Kątem oka widzę, że wszyscy pękamy, ryczy Tomek, płacze Bart, to niesamowite.

Mama Barta rozdaje nam kanapki z szynką i kiszonym ogórkiem ze świeżego chleba, a na transparencie czytamy wzruszeni:


GloBall 2012
witamy Wspaniałych, ich dzielne maszyny i Demokratora

NARESZCIE W DOMU!

Roześmiani ludzie trzymają wielkie litery z napisem „Cześć Bart!”. Są chłopaki z wcześniejszych etapów GloBall, fani wyprawy z Facebook’a, krewni, znajomi, przyjaciele.

Wyciągamy z „Bolowozu” klatkę z Demokratorem. Ma tu najwięcej fanów. Jak zwykle staje na wysokości zadania i już po chwili aklimatyzacji w nowej ojczyźnie dumnie pieje na Rynku Głównym królewskiego miasta Krakowa.


Jesteśmy w domu.


Dodatkowe informacje